środa, 5 marca 2025

POD POWŁOKĄ ILUZJI, KTÓRYMI ŻYJEMY



    Rodzimy się tak samo – z naszych mam. Nie ma absolutnie żadnego człowieka na ziemi, który by przyszedł na świat w inny sposób. Nie ma też wówczas dla nas znaczenia, czy na świat wyciągną nas białe, czarne czy żółte ręce. Czy właściciel rąk modlił się na stojąco czy w kucki. Czy chleb zagryzł wołowiną lub omodlonym wcześniej kurczakiem. Jako dzieci tak samo potrzebujemy opieki. Wychowani z miłością – kwitniemy. Bez niej – dziczejemy. Każdy z nas musi jeść, pić, wypróżniać się, oddychać, a potem umrzeć i iść dalej. I tutaj także nie ma wyjątków.


    Coś się jednak z nami dzieje w procesie socjalizacji i dorastania, bo pomimo faktów przytoczonych powyżej, zaczyna się nam wydawać, że jesteśmy ponad innymi lub poniżej tych innych. Są bowiem rodzice, którzy rozwijają w dzieciach takie poczucie. Nie uczą, że nie należy ludzi dzielić na lepszych i gorszych. Że różnice między nami wynikają z faktu wzrastania w różnych tradycjach, kulturach i czasach, a nie ze względu na genotyp. Dzieci różnice owe przyjmują jako oczywiste, uważają je za naturalne. Tylko że potem to my, dorośli, zaburzamy im ogląd – mówimy im kogo mają lubić, kogo nie lubić i kogo podziwiać, a kogo się bać. Z kim się bawić, a kogo unikać. Kogo słuchać, a kogo ignorować. Bo za mały, za gruby, za chudy, za czarny, za biały, za żółty, zbyt biedny, zbyt bogaty, za bardzo obrzezany czy też z napletkiem, bo za bardzo męski, żeński, kudłaty czy łysy… czy słyszycie jak to brzmi? 


    Jak to jest, że przed jednym człowiekiem schylamy głowę, klękamy, stajemy w długich kolejkach by go – uwaga – zobaczyć? Drugiego znów jesteśmy w stanie zakuć w kajdany i wystawić na targu za poziom melaniny w jego skórze, wyśmiać, opluć czy zastrzelić, bo wygląda, myśli lub wierzy inaczej? Dla jednego jesteśmy w stanie poświęcić rodziny, przyjaciół, własny świat, a drugiego pokroić, wybrakować, użyć jak rzecz, bo ma inny kolor oczu czy za mało prosty nos. W imię ideologii. Jednego chronimy własnym ciałem, narażając swoje życie, drugiego wysyłamy na rzeź w pierwszej linii fontu. Jednemu nosimy kosze z jedzeniem w darze, drugiemu zabieramy sprzed nosa ostatni kęs – niech nie ma i zdycha, bo przeludnienie. Jednemu udzielamy pomocy, bo ma tylko mocno zaraźliwą odrę, drugiemu pozwolimy umrzeć w karetce, w drodze do szpitala, bo nie miał testu a być może ma Covid…

 

Skąd się w nas bierze taka hibernacja rozumu, że jednego człowieka potrafimy kochać, a drugiemu dać w łeb? I to nie dlatego, że nam zagraża, ale dlatego, że nam tak kazał ten, który ma więcej kasy, władzy, więcej kóz, czy szersze bary i właśnie się dorwał do mikrofonu...

 

Każda wojna, krzywda, prześladowanie, niesprawiedliwość zaczynają się od człowieka, któremu się wydawało, że mu się NALEŻY. Że jest PONAD innymi – że ma prawo zabrać komuś życie i godność w imię własnych celów. Ewentualnie takiego, który się po prostu bał. Zebrał jednego, drugiego, trzeciego, których był w stanie przestraszyć, bo człowiek, który się boi, szuka towarzystwa – i zrobił się tłum. Tłum takich, którzy mieli rację. Jedyną, słuszną i najbardziej zajebistą, toteż postanowili ją wcisnąć innym do gardeł siłą. A jak się ktoś wyłamał, zakrztusił, stracił życie? Cóż, wojna swoje prawa ma… 

 

Człowiek mnóstwo brzydkich rzeczy robi ze strachu lub na skutek kompleksów czy zachłanności. Mądre kobiety były palone przez pasibrzuchów na stosach ze strachu właśnie – przed ich wiedzą, przed zmianami, jakie mogły wnieść w usrany porządek męskiej dominacji. Mizoginizm? Ze strachu przed utratą pozycji społecznej. Prześladowania na tle rasowym – strach. Strach przed ludnością lokalną, która lepiej znała teren niż najeźdźcy (zwani szumnie kolonizatorami) i mogła się bronić, udaremnić ich misję. I zachłanność. Ciągle za mało – permanentny brak miarki w pysku, w duszy, w kieszeni. Wojny religijne? Nie dlatego, że jeden bóg lepszy od drugiego, ale ze strachu przed utratą wpływów, ziem, majątków, których ci u władzy chcieli mieć więcej, i więcej, wszak ciągle mieli za mało... 

 

A ja powtarzam niezmiennie: chcesz zabić człowieka w imieniu religii? Zacznij od siebie. Nie mów mi też w co wierzysz – pokaż mi jak w imię tej religii kochasz ludzi, zwierzęta, świat wokół siebie. To będzie dla mnie najbardziej miarodajny obraz twojego Boga. Ale nie. Trzeba wziąć kij, dzidę, pistolet, lancę i jazda! Niech mają za swoje ci wszyscy inni. Za to, że są inni.

 

Gdzie ten osławiony ludzki rozum? Nie ma... nie widzę. Co widzę? Ecce homo. Z bronią. Ecce homo kłamiący w oczy wyborcom, otoczony pochlebcami, w chodzącymi mu w zad by się przy nim ogrzać. Ecce homo ze strzykawką, skalpelem. Ecce homo obnażony publicznie, bo nagie ciało lepiej zarabia niż jakikolwiek talent…

 

My tak nie robimy? Nie czujemy się lepsi/gorsi od innych? No to przykład. Idziemy na rozmowę kwalifikacyjną. Człowiek po drugiej stronie biurka siedzi opakowany w porządny garnitur i prezentuje postawę wyższości. Powaga, „ą” „ę”. A przecież tak samo jak ja i ty musiał rano zrobić siku czy puścić bąka, by mu brzucha nie rozerwało. Skąd więc ten nasz stres i strach? Przecież w najgorszym wypadku może nam nie dać pracy. Pójdziemy dalej. Znajdziemy inną. Skąd więc to przerażenie… człowiekiem? Garnitur, biurko, teczka, gabinet – to tylko opakowania i gadżety, pozy. Tak samo w urzędach, u lekarza, w banku itp. Spuszczamy ramiona, bo ktoś po drugiej stronie biurka robi groźną minę i dzierży w dłoni długopis. Albo czujemy onieśmielenie, gdy widzimy kogoś w kitlu, mundurze czy kostiumie od Diora. To są OPAKOWANIA. Ich zadaniem jest budowanie dystansu i hierarchii. Ustawianie relacji władca - podwładny. A wystarczy, że sobie przypomnimy, że ten pan w limuzynie, w sutannie i ta pani w futrze z norek tak samo muszą robić kupę, jak ja i ty, bo wtedy sobie także przypomnimy, że to człowiek. Tylko i aż człowiek. 

 

I zaczniemy pamiętać, że strach to nie szacunek, poza to nie wiedza, a mundur to nie doświadczenie i nie nośnik praworządności. Zaczynamy myśleć, analizować. Używać rozumu, intuicji. I jest wtedy większa szansa, że nie podążymy jak owca za ładnie ubranym idiotą albo że nie damy się poniżyć modnie opakowanemu, zakompleksionemu chłoptasiowi, który karmi się czyimś poniżeniem. Nie posłuchamy kogoś, kto tylko przebrał się za lidera i drze się do ustawionych (kasa, kasa) mediów. To, że ktoś ma większą trąbę nie znaczy, że lepiej gra. 

 

Dlatego na człowieka trzeba patrzeć świadomie i uważnie. Sercem. Wtedy zachowamy własną godność, podążymy za kimś, za kim warto iść. Za kimś, kto realnie zmienia rzeczywistość, choćby to był tylko niewielki jej skrawek, w jego najbliższym otoczeniu. Ludzie mają na nas wpływ. Realny, namacalny i warto o tym pamiętać i obserwować uważnie, kto i jak na nas wpływa. Zły polityk może narobić g*wna na skalę światową. Podobnie jak słuchana przez miliony gwiazda estrady, radząca innym. Radzi to co jej doradzono radzić, za odpowiednią opłatą oczywiście. Tacy ludzie mają broń w ustach, zasięg szeroki, środki do działania, drogie opakowanie i grupę pochlebców, ale to nie zmienia faktu, że robią g*wno. Dużo g*wna. No i odwrotnie, tak dla porównania i kontrastu – Matka Teresa, Ghandi, Irena Sendlerowa – żadne super sex ikony, żadni państwo u władzy. Zero sztucznych cycków, powiększonych pośladków, koncertów dla tysięcy zagranych na autoniunie, zero pozy, majątków, ochrony, tłumu borowców, pozorów, pozycji, krawatów i ciężkich metek. A ile zrobili czystego, niezaprzeczalnego… dobra? Po owocach ich poznacie – ktoś gdzieś kiedyś mądrze rzekł. Nie sądź książki po okładce – też znamy. Nie szata zdobi człowieka – pamiętamy z podstawówki. Tylko że potem idzie jeden z drugim w nowy dzień i… bum.  Zaćmienie. Patrzy na ludzi przez pryzmat póz i opakowań. 

 

A ja tak myślę, że ci, którzy potrzebują rozbudowanej scenografii, by wyjść z domu, zazwyczaj mają co pod nią ukrywać. Ci, którzy kryją się za tłumem czy ochroniarzami, zazwyczaj mają powód, by się chować. Mądrość wypowiedziana szeptem nie traci na mocy. Głupota jest głośniejsza, bo musi krzyczeć, by zyskać posłuch. Wartość człowieka mierzyć należy nie tym kim jest, ale tym co robi, jak robi i z jakich powodów. Wielkość człowieka znów mierzyć trzeba miarą jego wolności, wpływów i tego do jakich celów je wykorzystuje. Czy nie myli owej wolności z anarchią, a wpływów nie używa do tego, by wspiąć się tam, gdzie nie sięgają już ręce sprawiedliwości.

 

Tako rzekę ja, Karol, która być może zostanie papieżem.  A może politykiem... A może po prostu Kulfonem?


_____

IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/under-the-skin-the-illusions-we-live-by


 

niedziela, 2 marca 2025

BLASK BYŁ MÓJ!


Rozczarował mnie.

Myślałam, że to źle.

Lecz potem zrozumiałam, że prezent otrzymałam.


Dostałam rozczarowanie— dar co wnosi zamieszanie 

w zastany porządek rzeczy: przestałam sobie przeczyć.


Otworzyły się oczy moje, co widziały, 

a nie chciały uwierzyć. 

Serce przestało bić na umór, że bez niego nie może przeżyć. 

Odwinęły się sprawy z różowych oparów bzdur, 

które mi ciągle wmawiał, 

budując mur pomiędzy duszą mą 

i rozumem...


Gardziłam tłumem co kpił, bo widział jaki on był

— narcyz, co kusi złotem, by otruć potem.


Lecz to, co w nim tak świeciło, to nie był on, a moja... miłość. 

To ona oblekła go w to, czego nie miał, 

to ona sprawiała, że kręci się ziemia jakoś tak szybciej, 

gdy był obok mnie. 

A w brzuchu stado motyli też…


Lecz potem... rozczarował mnie. 

I choć myślałam, że to źle, 

to prędko zrozumiałam, że siebie odzyskałam.


Opadły piórka, które nosił, wyblakły prawdy, 

co je głosił. 

Cały wydawał się nijaki, niby ten sam, 

a jakiś taki...


Świecił światłem duszy mojej, nie swoim, 

jak księżyc, co kradnie 

słońca promienie, by istnieć godnie. 

Bez nich wygląda nieładnie.


Rozczarowanie bolało, lecz zwróciło mi wzrok, 

ze złudzeń mnie odarło, ujawniło mrok 

i wszystkie te rzeczy brzydkie, 

których widzieć nie chciałam, a które tłumaczyłam, chłonęłam, zamiatałam...


Odszedł do innej, zamknął drzwi, 

zostawił wszystko z napisem "my". 

Zaczął na świeżo, z czystą kartą, 

jak biała chmura na wiosennym niebie. 

Lecz karta czysta być nie mogła, 

wszak w przyszłość swoją zabrał... siebie.


Założył uśmiech numer sześć, by inną przyciągnąć i ją zwieść. 

I ona pomyślała, że prezent otrzymała, 

lecz potem zobaczyła, że 

nie wszystko złoto, co świeci się...


IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/the-glow-was-mine

niedziela, 23 lutego 2025

NIE JESTEM WARIATEM... - Z PAMIĘTNIKA MATKI POLKI

Antek ma fazę na malowanie się. 

Nie że makijaż a'la dama, nie. 

Bywało, że mnie naśladował i stwierdził, że to głupie. Były więc wzory wojownika,  runy ochronne. 

Stan moich kosmetyków woła o łaskę,  ale kij...dziecko ma wyobraźnię,  tworzy,  wymyśla. Ok. Natomiast dziś mnie pokonał.

Przychodzi z krzyżem narysowanym na czole (moją szminką, kierwa). Się pytam kosmity, o co chodzi tym razem,  a on na to:

- Jestem kościołem. 


Dziękuję, dobranoc. Tekst z serii Nie jestem wariatem, jestem samolotem.


Antoni, lat 5

NOWA

Nowa to utwór o tym, że wszyscy chodzimy poranieni i składamy się na nowo niezliczoną ilość razy. 

I o tym, że —choć to najbardziej upierdliwa robota świata— warto. Od tego zależy jakość naszego bycia.



A kiedy już pozbieram części siebie z podłogi,

Złożę je na powrót i stanę na nogi

Gdy skrzydła mi odrosną, 

dusza się uśmiechnie

Oczy znowu błysną 

pierś pełną piersią odetchnie,

Kiedy nauczę się odchodzić z miejsc, 

co mi nie służą 

Miast tkwić tam i narzekać, że mi spokój burzą,

Kiedy wyrosnę z tych, 

co do mnie nowej nie pasują 

Bo mnie nie szanują, bo mi myśli trują 

Kiedy wyleczę traumy co każą mi myśleć myśli nie moje

I bać się tego, czego się nie boję,

I oddam przodkom wszystko 

co od nich niosę w sobie

I walczę z tym codziennie w mojej duszy, głowie,

Kiedy oddzielę historię moją od tej cudzej

I gdy ich historii więcej nie powtórzę

Gdy poznam me demony, 

by wiedzieć co siedzi we mnie 

—wszak nie da się uleczyć rzeczy bezimiennej,

Gdy zrozumiem, że wszystko dla mnie, 

a nie mnie się działo

By mi oczy otworzyć, uodpornić ciało

Gdy się urodzę na nowo, przestanę żyć tym co było, 

Wtedy i tylko wtedy zrobię miejsce na miłość. 


Wtedy już nic nie zachwieje moim duchem, umysłem

Wtedy zrozumiem po co działy się te rzeczy wszystkie

Wtedy będę pamiętać, 

że piekło noszę w sobie 

i mogę je rozprzestrzeniać,

Ale tego nie zrobię…


Złość zastąpi cisza. 

Słowa ciężkie - spojrzenie. 

W miejsce strachu odwaga,

Osądu - zrozumienie. 

Zamiast chaosu - spokój,

Miast krzyków - rozmowa. 

Tak będzie już niedługo,

Gdy siebie zbuduję od nowa.

__________________

IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/new

czwartek, 20 lutego 2025

GNIEW


Miałam gniew.
 

Zawsze był przy mnie. 

Nie nosiłam go jednak jak serca na dłoni,

Bo wyglądał nieładnie, 

jak coś od czego się stroni. 

Trzymałam więc go pod skórą, 

czasem z tyłu głowy. 

Jak granat bez zawleczki, do wybuchu gotowy.


Bulgotał sobie cichcem. 

Nie palił się, ledwo tlił—

jakby go nie było. 

Ale był…


Zawsze był w zarodku, a dorastał pędem. 

Tej bym nagadała, 

temu dała w gębę,

Tu bym wygarnęła, 

tamtej pokazała,

Prawdę, której nie ma w oczy wykrzyczała,

Porządek robiła do utraty tchu.

A gniew? Miał się dobrze. 

Rósł sobie i puchł…


Pomyliłam się srogo w tej sprawie 

Myśląc, że gniewem świat poprawię.

Że wytrzebię głupotę, samolubnych odmienię, rachunki obniżę, czy uzdrowię ziemię.

Zabierałam sobie spokój tym, co wokół…


Po drodze za to sporo nim zniszczyłam, 

Niejedno istnienie gniewem mym obiłam.

Niejednej idei urwałam nim głowę,

Serce nim złamałam, poraniłam słowem…

Powiedziałam za dużo, zrobiłam za mało,

Gniew opadał, a po nim… mało zostawało. 


Jedna chwila gniewu, dysproporcja taka,

Potem i latami trzeba łatać 

co się budowało z trudem i od serca,

Gniew wszak to znany rozwoju morderca. 

Truciciel radości, zaklinacz rozumu,

Budowniczy złudnej siły tłumu.


Nosiłam w sobie gniew. Wrzałam.

Inni robili źle—ja się gotowałam. 

Tak karałam siebie—gniewem. 


A głos duszy mi szeptał—jakby gdzieś w oddali—że wód czystych żadna iskra nie podpali.

Za to kiedy w żyłach płynie gniew,

Wystarczy słowo, wzrok czyjś, albo śmiech.

I już—ogień toczy ciało całe,

bo gniew to paliwo doskonałe.


Odłożyłam go na bok. 

Posprzątałam w duszy. 

Iskry z zewnątrz ognia nie mogą już zaprószyć.

W sercu noszę ciszę, w głowie śmiech. 

Rozstaliśmy się—ja i mój przyjaciel gniew. 

środa, 12 lutego 2025

STARA


A kiedy będę już stara – jak Bóg da – 

Kiedy już gąbkę życia wycisnę do cna,

I usiądę przed lustrem

Nim na zawsze usnę,

To popatrzę sobie w oczy

I zmarszczki prześledzę

Co zaklętą o mnie mają w sobie wiedzę. 


Na te od uśmiechu, a tamte od nocy

Nieprzespanych w strachu o to co zaskoczy

Co przyjdzie znienacka, wyrzeźbi mój los

Czyj głos znów usłyszę, a czyj zgaśnie głos…


O! I włosy białe na mej starej głowie. Każdy włos historię też jakąś opowie. 

O zmartwieniach co ryły mój spokój wewnętrzny 

O wyzwaniach co jak góry lubiły się piętrzyć

Co garbiły mą szyję i ramiona moje

Kiedy wbrew wszystkiemu szłam przez życia znoje

Z podniesioną głową, z duchem niezłamanym

Pamiętając o tych, co niczym w kajdany 

Ze społecznych norm i ojcowskich chceń

Żyły tak zakute z dnia na dzień. 


O tych pokoleniach kobiet co przebyły,

I życiową misję dla mnie zostawiły. 

Co ich w mojej duszy wciąż wybrzmiewa śpiew 

Łączą nas korzenie i ta sama krew.


O prababciach, babciach co ich noszę siłę, 

moce, dary, wiedzę no i marzeń tyle…

I zadanie jedno: przerwać zdarzeń ciąg 

Co się powtarzały jak zaklęty krąg.

Od wieków niezmiennie, bo ciągle te same

Choćby w inne życia i ciała przebrane. 


Traumy już zakończyć, strachom urwać głowę, 

Uleczyć co boli, i klątwy rodowe

Wyrwać z korzeniami 

I zasklepić rany 

Co bolały tak samo pokoleniami…


Usiądę więc przed lustrem

Całkiem stara ja.

Wierzę, że tam dotrę. 

Wierzę, że Bóg da. 


Popatrzę sobie w oczy co wiele widziały, 

Ze szczęścia i nieszczęścia co się napłakały. 

Na me ciało z dumą spojrzę, bo służyło

Całe życie moje i ze mną przeżyło

Absolutnie wszystko, 

aż tu z nim dotarłam. 

Setki razy umierało, 

Ale nie umarłam. 


Bo wystarczy jedna, której nie wytrzebią 

Choćby ziemię przebyli, przetrząsnęli niebo

By namierzyć takie, co moc w sobie niosą

Co zmieniają wszystko

Wbrew niechętnym głosom. 


Jedna dusza, jedna wola 

Jedno życie, jedna dola.

Magia zaklęta, kobieta wyklęta

I oczy zielone co widzą i na drugą stronę.


Potem tylko zmarszczki, tylko siwy włos … 

Spojrzę na nie z dumą

Zaśmieję się w głos 

Z tego życia co przecież jak żart mi przebyło. 

Niby nic, tak niewiele, 

a wszystko zmieniło…

______

IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/the-old

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...