Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROZMYŚLANIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ROZMYŚLANIA. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2026

MASKA



A tę maskę co miała ją chronić

zdejmowała codzień, po kolacji.

Kładła ją obok póz i pozorów

pełnych gracji.


Zakładała z rana aby nikt nie wiedział

jaka jest pod spodem. Że zwykła, że ludzka,

że ma lęki, limity, nie-chcenia, nadzieje,

i zmęczona dusza patrzy na nią z lustra. 


Uczyła się jak znikać, gdy patrzą,

jak mówić głosem, który nic nie zdradza.

Więc kiedy przyszedł czas powiedzieć: „jestem” –

bała się, że swym byciem przeszkadza.


No bo i jak to? Że nagle być może?

Tak wprost? Bez wahania? Tak w twarz i tak w oczy?

Po wielu latach nie-bycia w cieniu—

Jak niby ma w to bycie nagle wskoczyć?


Powiedzieć co myśli? Wyrazić co czuje?

Tak się eksponować i tak ryzykować?

I być sobą? Czyli kim? A jak jej nie polubią?

Przecież ona sama nie wie jak zaakceptować 


to że jest taka smutna. Czasami. Gdy boli

że dzień szary, bez wzlotów toczy się nie w tę stronę 

O której marzyła, zanim zrozumiała, 

jak grać dobrą córkę, matkę, siostrę, żonę…


Pokorną, wierzącą, skromną, pracowitą. 

Tak poukładaną, że aż jednolitą. 

W trybiki społeczne wkręconą do kości.

Pełną miłości. Litości. Nicości…


A uczucia? Marzenia? Potrzeby? Nadzieje?

I co jak odrzucą? Co gdy ktoś wyśmieje?

Co gdy runie z mozołem poskładana klatka?

Będzie goła? Wesoła? Bezdomna? Wariatka?


Więc tę maskę co miała ją chronić 

Zdejmowała codzień, po kolacji.

Kładła ją obok póz i pozorów

Pełnych gracji…

__________________________

In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-mask


TRAKTAT O BABIE JADZE


We are the granddaughters of witches you couldn't burn. 

W wolnym tłumaczeniu: jesteśmy wnuczkami wiedźm, których nie udało wam się spalić. 

Przeczytałam kiedyś to zdanie i tak we mnie jakoś grało.... Grało latami...
Myślałam… o co tu chodzi? Że my, kobiety, pochodzimy od czarownic, które wymknęły się mackom inkwizycji? I kim są ci “oni”? Podpalacze?
Czy tu rzeczwiście chodzi o psycholi z krzyżem w ręku i strachem skrytym pod sutanną?
No nie… chyba nie… może nie do końca.


Dla mnie kobieta to wiedźma. Nie czarownica. Wiedźma, czyli kobieta wiedząca.
W czasach inkwizycji kobieta z wiedzą była po prostu groźna, bo znała rośliny jadalne i trujące. Wiedziała, co można ugotować, czym leczyć, a czym otruć. Rozumiała cykle naturalne i potrafiła prowadzić porody, co dawało jej realną władzę nad życiem i śmiercią ludzi i zwierząt. Kobiece ciała i procesy biologiczne były traktowane jak tajemnica – coś, co patriarchat i Kościół uważały za wstydliwe, nieczyste i niepojęte. Kobiety, które miały swoje własne zdanie, umiały liczyć czy się podpisać były nie do zaakceptowania (ciężej nimi było manipulować). Co dopiero takie, które leczyły, ratowały, mogły działać niezależnie od mężczyzn, co groziło podważeniem hierarchii społecznej. Dlatego inkwizycja i lokalne władze tropiły je systematycznie: demonizowały ich wiedzę, oskarżały o czary i pozbawiały życia. Wiedza to władza. A oni nie chcieli się władzą dzielić…


Szukali więc powodów… a to włosy zbyt rude, a to pieprzyk, a to za bardzo pyskowała, za dużo wychodziła z innymi, albo za mało wychodziła i trzymała się na uboczu. A to kosza dała sąsiadowi, więc doniósł. Albo za dużo dała i trzeba było to jakoś ukryć. Ewentualnie samego siebie się nie ogarniało, więc trzeba było kogoś za to wysłać na stos, zamiast zapanować nad własnym kut*sem, że tak brzydko (bo prawdziwie) powiem.


Później też nie było lepiej. Mózg miała… jak mogła! Trzeba więc było się upewnić, że go nie użyje. Ani w szkole, ani w towarzystwie. Taśmowe rodzenie dzieci zajmowało ją wystarczająco. Ewentualnie ksiądz postraszył piekłem, ojciec dał w pysk, a matka dała tamborek. Można też było wysłać do domu dla obłąkanych. Elektrowstrząsy skutecznie leczyły z mżonek o wolności wyboru, edukacji i prawach człowieka.
Potem jak pokazała kostkę czy odkrytą głowę — to albo była łatwa, albo była nikim. Wszak tylko biedne chłopki miały to w dupie, bo były za bardzo zajechane robotą, by przejmować się konwenansami i tym, jaka część ciała im się opali lub wysunie spod spódnicy.


Jeszcze później? Też nie lepiej… pozornie równe prawa. Ale pensje jakby różne. Ale szanse jakby nie te same. On — ma powodzenie. Ona się puszcza. On — flirtuje. Ona — godności nie ma. On — zarabia na rodzinę. Ona — karierowiczka. On — walczy o swoje. Ona — się awanturuje. Ewentualnie okres chyba ma. On — ustanawia prawa. Ona — niech dźwiga! Na traktory! Głosować chciała, edukować się chciała, to tak z rozpędu do kopalni, a co! Przecież to to samo… On — musi się odstresować z kolegami. Ona —no przecież to nie przystoi. A tak w ogóle to kto z dziećmi zostanie… On — zasłużył na awans. Ona — też niby zasłużyła, no ale my ją awansujemy, a ona pójdzie na macierzyński… w tle? Społeczeństwo nam się starzeje. Baby się zbiesiły w krajach wysoko rozwiniętych. Bez powodu kompletnie. Dzieci mniej rodzą…


I taka ciekawostka historyczna, żeby nie było, że nie było: w Europie dopiero po I wojnie światowej, wraz z ruchem sufrażystek i zmianami społecznymi, kobiety w miastach zaczęły pojawiać się w lokalach publicznych częściej, choć nadal często w ograniczonych sekcjach lub… wchodziły bocznymi drzwiami. W UK aż do 1982 roku kobiety mogły być formalnie odmówione obsługi przy barze, jeśli nie towarzyszył im mężczyzna. Aleeeee!


Ale my jesteśmy wnuczkami tych kobiet. Baby Wy, moje kochane. Te wtręty socjalno-historyczne są po to, by przypomnieć Wam, że my nigdy, mimo pozycji z dupy wziętej, nie byłyśmy ofiarami. Zawsze walczyłyśmy. Nieraz wieki to zajęło, ale nie przestawałyśmy. Walczyłyśmy i głośno, a i po cichu. Wprost i opłotkami, wychowując swoje córki na kobiety wolne i silne. A swoich synów na mężczyzn, co się takich nie boją, tylko z nimi współpracują.


Nigdy nie pozwólcie sobie wmówić, że jesteście ZA. Za stare, za młode. Za grube, za chude. Za mało wykształcone, za bardzo wykształcone. Za bardzo emocjonalne, zbyt skryte. Zbyt śmiałe, zbyt nieśmiałe. Za ciche, za głośne.
Tam, gdzie pojawia się “za”, pamiętajcie — nie chodzi o Was. Chodzi o limity tego, kto chce Was ubrać w swoje głupie granice.
Kobiecość jest “ZA” z założenia. ZA-JE-BI-STA.


Tylko ludzie, którzy mają w sobie poukładane, nie będą mieli z tym problemu. Nie musicie niczego nikomu udowadniać. Pokazywać. A już na pewno nie musicie prosić, by zrozumiał.
My, jak księżyc, nawet jak w jakiejś fazie ledwo nas widać, znikamy w oczach czy tłumie, to i tak zawsze jesteśmy pełne. WYSTARCZAJĄCE. Nigdy nikomu nie pozwólcie sobie wmówić, że będziecie czegoś (czy kogoś) warte, jeśli… gdy… o ile… o ile stracicie 5kg, czy przytyjecie 4kg. O ile zrobicie jeszcze jeden dyplom, albo wcale go nie zrobicie. O ile urodzicie dziecko (a kiedy drugie, trzecie i piąte?) lub zdecydujecie, by dzieci nie mieć. O ile przełkniecie wszystko. Albo jeśli niczego nie przełniecie i wyrzygacie im to prosto w twarz.


Mamy mocne połączenie z naturą. Jak i ona mamy swoje cykle, które przychodzą, by to, co już nieprzydatne, obumarło i potem urodziło się na nowo. Nawet cykle menstruacyjne nam się synchronizują z cyklami kobiet nam bliskich.
Mamy ciała, które umieją budować i wykarmić inne ciała (i nie mówię tu jedynie o laktacji). Jesteśmy portalem. Przeprowadzamy człowieka ze stanu duchowego w stan skupienia fizyczny (że tak to ujmę).
Mamy instynkt, który pozwala - nawet jeśli nam nikt nie pokaże i nie wytłumaczy - dać życie. Sprowadzić je na ziemię i utrzymać, chronić i bronić. Same nie wiemy, skąd w nas ta siła, która się pojawia, gdy ktoś chce skrzywić nasze dziecko. Skąd wówczas brak strachu, zmęczenia, poczucia głodu.
Mamy uwarunkowane biologicznie (a nie tylko socjalnie) poczucie solidarności z innymi kobietami. Gdyż? Gdyż kiedyś życie w stadzie, grupie i wspieranie się, wykarmienie dzieci (nawet i nie swoich), dzielenie się ciepłem i schronieniem warunkowało przetrwanie.
Mamy cholernie silną psychikę. Dajemy radę w najtrudniejszych okolicznościach i trudno nas złamać. Mamy momenty, gdzie są doły i łzy. Potem się otrzepujemy i idziemy dalej. Znów nauka potwierdza — kobiecy mózg lepiej integruje informacje z obu półkul, co pozwala równocześnie kontrolować emocje i zadania. Szybciej adaptuje się do stresu dzięki efektywniejszej regulacji hormonów i sieci społecznego wsparcia (bo my częściej prosimy o pomoc). Ta kombinacja daje większą odporność psychiczną i elastyczność w trudnych sytuacjach. Niezatapialne jesteśmy. Ot co!
Mamy mózg, który umożliwia nam robienie wielu rzeczy naraz, bez zawalania ich. I żeby nie było żem gołosłowna - badania neurologiczne potwierdzają, że u kobiet częściej silniej współpracują te części mózgu, które odpowiadają za zarządzanie zadaniami, przełączanie uwagi, monitorowanie wielu bodźców naraz i kontrolę błędów.
U mężczyzn najczęściej wydajność jest najwyższa przy jednym zadaniu, ale spada przy wielu jednocześnie. My pilnujemy dziecka, jedną ręką mieszamy coś w garnku, drugą prasujemy, a jednocześnie skupiamy się na rozmowie telefonicznej, którą w międzyczasie prowadzimy, by zapisać w kalendarzu daty wizyt lekarskich i upewnić się, że żadne spotkania na siebie nie nachodzą. To my jesteśmy urodzonymi managerami, gdyby ktoś wątpił.


A ci oni? Podpalacze? Co chcieli się nas pozbyć? To chyba ci, którzy nas się po prostu bali. Tej naszej siły. Wspólnoty. Tej niezależności, intuicji. Władzy, jaką nasze ciała mają nad ich ciałami.
I jeszcze jedno. Pamiętajcie. Jesteśmy najsilniejsze i najpiękniej kwitniemy w grupie.
Gdy trzymamy się razem i wspieramy nawzajem.
Nie wtedy, gdy obrabiamy sobie dupę. Nie wtedy, gdy jedna drugą poniżamy. Kopiemy pod którąś dołki. Nie wtedy, gdy okazujemy wyższość lub odbijamy faceta. Facet odbity to taki, przez którego nam się z czasem odbija. A i niektórym w ogóle odbija… nie warto.
Ogólnie… przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę — byle kupą, mościpanny.
Wystarczy popatrzeć na nasze pra-prababki. I zastanowić się, skąd wzięły siłę — mimo niesprzyjających im praw (czy bezprawia), wojen, konwenansów, wiatrów, wiatraków i wariatów.


Tako rzekę ja, Karol.
Bo być może, gdy już zostanę papieżem, ktoś będzie mi musiał biskupować. Rekrutację zacznę na dniach…
——————————————————🔺🔺In English? HERE
⬇️⬇️https://karolinazurart.com/blog/f/treatise-on-baba-yaga

niedziela, 10 maja 2026

Ja przede… mną

 


A gdybyś tak w jakiś przedziwny sposób rzucony został nagle w miejsce, którego nie znasz? W kulturę Ci obcą, w świat kompletnie innych wierzeń i obyczajów? Kolorów, smaków i racji? Kim byś był? Gdybyś nagle musiał przestać korzystać z tego co Ci o Tobie mówiono bez przerwy, od pierwszych chwil?  Co tak naprawdę wiesz? Co Ci wpajano w danej rodzinie, w danym domu, w szkole, w kościele, w danym społeczeństwie, w kraju  — o tym, jak trzeba żyć, myśleć, jeść, postępować, wierzyć? Co robić? W jakiej kolejności? Czego nie robić? 

 

Gdyby się nagle okazało, że teraz, w tym nowym świecie, jesteś sam i musisz zbudować siebie od nowa, to kim byś był? Ile przyzwyczajeń byś musiał zauważyć? Ile przekonań, które nie są Twoje, ale wyuczone? Jak długo byś musiał kopać w swoim umyśle, by dotrzeć do tego, czego tak naprawdę chcesz, a do czego po prostu przywykłeś i robisz to automatycznie, od lat? Ile społecznych/rodzinnych norm i oczekiwań byś z siebie strząsnął, by poczuć, że wreszcie robisz tak, jak Ty czujesz? Ile rzeczy odrzuciłbyś w kąt, gdybyś wiedział, że i tak nikt nie patrzy, nikt nie oceni, nikt nie obgada? 

Kim byś był? Czegoś byś chciał spróbować? Bez udawania. Bez strachu, że obśmieją. Bez masek społecznych. Bez tych wszystkich ról, które na siebie zakładamy codziennie z rana przed wyjściem z domu?


Gotowałbyś rosół co niedzielę, gydbyś musiał zjadać go sam, bo wszyscy wokół by jedli co innego? A może byś go gotował w środę? Albo wcale? Jeździłbyś drogim samochodem, gdyby inni mieli w dupie to, czym jeździsz, bo sami by preferowali chodzenie? Mierzyłbyś ciuchy przed lustrem? Czy aby brzuch nie odstaje? Dekolt aby nie za głęboki? Kolory czy aby niezbyt krzykliwe, kurtka dobrze dobrana do butów, gdyby wokół Ciebie ludzie chodzili w ubraniu zrobionym z kawałka bawełny przewiązanym sznurkiem? Metka by się wciąż liczyła, gdyby nikt wokół nie rozumiał co to Chanel czy Gucci? 

Byłbyś czynnym, świadomym, słynącym ze swych żelaznych przekonań prawicowcem czy lewicowcem, wiedząc, że to i tak nie ma znaczenia w tej społeczności? Ubierałbyś choinkę na święta? Święcił wielkanocny koszyk? Przebierał się na Halloween? Nienawidziłbyś do bólu inności? Lałbyś po mordzie białych, czerwonych czy może czarnych? Odprawiałbyś swoje własne nabożeństwa w obrządku, którego obecnie jesteś częścią? Ważne by dla Ciebie były tradycje, w których obecnie uczestniczyć, bo inni tak robią? Absolutnie sam dla siebie? W co byś wierzył? Jak byś wierzył? Chodziłbyś do kościoła w niedzielę i święta, gdyby nikogo to nie obchodziło, czy to robisz? Gdyby nikt Cię palcem nie pokazał, nie obgadał, nie wykluczył Cię?


Jak byś się wtedy nazywał?

Jaki byś był? 

Z czego byś słynął?

W czym byś był najlepszy?

Czego byś się chciał nauczyć?


Gdyby Cię odarto z etykiet, metek, nazw, miejsc Ci należnych lub niedostępnych, przydziałów, grup, hierarchii? Imion, kont, numerów, dat, funkcji? 

Gdyby się okazało, że masz przy sobie tylko tyle, ile zabrałeś w sercu? Tylko tyle, ile nosisz w środku?

Gdybyś został sprowadzony właśnie do tego — rdzenia swojej istoty? 


Gdybyś zauważył, jak wiele słów produkujesz o tym, co dla Ciebie ważne, zamiast to po prostu robić i robić to często? Kogo więc chcesz przekonać, że to ważne, skoro to ważne?

Gdybyś spojrzał, jak mocno codziennie się pocisz, pracując na siwe włosy, ból w plecach i zawał, by mieć to, czym się jedynie obudowujesz, bo inni też to mają, a możesz być szczęśliwy i bez tego? 

Gdybyś widział, ile gestów wykonujesz, by pokazać innym, gdzie przynależysz? Ile warstw zakładasz, by było jasne, ile posiadasz?

Gdybyś wiedział, jak się gimnastykujesz, by się dostosować do tego, co i tak przeminie, zmieni się i trzeba się będzie dostosowywać na nowo? Gdybyś rozumiał, że wiara to to co zostaje w środku, gdy na zewnątrz wszystko znika i się zmienia i już nic nie widać, nic nie jest jasne, więc trzeba… wierzyć? 


Jak byś siebie określił, gdyby mieszkańcy tego nowego miejsca byli każdy innego koloru? Białym? Czarnym? Mieszanym? Byłbyś Europejczykiem? Przecież by im to niczego nie powiedziało. Socjalistą? Demokratą? Narodowcem? Przecież musiałbyś im to rozrysować i się porządnie rękami namachać, by mogli Cię poprzez to określić... a być może i tak by tego nie rozumieli. Chrześcijaninem? Muzułmaninem? Żydem? I co byś musiał powiedzieć, żeby komuś wytłumaczyć, czemu ta nazwa i jest dla Ciebie istotna? Musiałbyś raczej pokazać, co to znaczy w praktyce wierzyć w taki sposób... i dlaczego warto. Czemu to w ogóle ma sens. Co byś więc pokazał?


Człowieku szeroko pojęty, taki jak Ty, taki jak ja — gdybyś został rzucony w miejsce, w którym nikt, ale to nikt nie przykłada do Ciebie żadnej miarki i metki, to powiedziałbyś, że jesteś…? 


Polakiem na przykład? Jeśli urodzenie w danym kraju miałoby definiować tożsamość, to dziecko urodzone w Polsce, a wychowane od niemowlęctwa w amerykańskiej rodzinie, musiałoby pozostać „Polakiem” w sensie rzeczywistym, mimo że myśli, mówi i funkcjonuje jak Amerykanin. 

Granice państw zmieniały się wielokrotnie, a ludność wszelkich terenów była historycznie mieszanką różnych plemion, kultur i religii, więc „narodowość” okazuje się zmienną konstrukcją, nie stałą właściwością człowieka. W tym sensie to, co nazywa się „walką o Polskę, Francję, Anglię”, jest w rzeczywistości walką o… wolność. O możliwość wyboru. Utrzymanie jakiejś stałej. By nikt z zewnątrz nie narzucał języka, prawa, religii i sposobu życia. Miejsce urodzenia nie określa tego, kim ktoś jest. Mówi jedynie o przynależności administracyjnej i kulturowej. Są ludzie, którzy czują się mocno związani z danym krajem. Inni wcale. Więc kim są?


Albo powiesz, że masz na imię Jan? Niekoniecznie. Nie wybrałeś tego imienia. Nazwa ta została Ci przydzielona. By dało się Ciebie zidentyfikować i skatalogować w księgach parafialnych i urzędowych. Istnieje prawdopodobieństwo, że nawet nie lubisz swojego imienia. Wymyślasz sobie ksywy, skracasz, zdrabniasz. Imię nie jest częścią tożsamości, lecz arbitralnym znakiem nadanym z zewnątrz — gdyby przy urodzeniu przypisano Ci inne, reagowałabyś na inne słowo bez zmiany tego, kim jesteś. Mógłbyś być Markiem. Zmieniłoby to to co kochaś robić? W co wierzysz?


Że jesteś Kowalski? Przynależność do rodu i nazwisko są konstruktem społecznym, efektem okoliczności. Jak się urodzisz w rodzinie Kowalskich i nie zostaniesz adoptowany, to będziesz Kowalski. Ale co jak adoptują Braunowie? Będziesz Braun. Będzie częścią innego rodu. I to też nie mówi niczego głębszego o tym, kim jesteś. 


Nawet płeć. Kobietą jestem — krzykniesz. Mężczyzną przecież — rzucisz oburzony, gdy ktoś Ci zada głupie pytanie. Płeć jednak jest właściwością ciała, ale nie definiuje całości osoby, bo jej kryteria są rozproszone (chromosomy, hormony, rozwój) i nie redukują się do jednego elementu, a człowiek zachowuje ciągłość tożsamości mimo zmian w ciele. Bo jak Ci jajniki wytną, to już kimś innym jesteś? A jak jądra usuną, to wtedy co? A co jeśli byś znalazł się w miejscu, gdzie to mężczyźni rodzą dzieci, trzymają je przy sobie przez pierwszy rok życia, karmią piersią, a kobiety na przykład wykonują najcięższe fizycznie zawody, albo oznaczają teren moczem? Brzmi absurdalnie, co? Ale teraz pomyśl, że trafiasz w takie miejsce, z zestawem narządów sugerujących płeć biologiczną. Do czego byś się bardziej odwołał? To swojej biologii? Czy wyuczonych przez wieki funkcji społecznych, przypisanych w danym społeczeństwie danej płci? 


W tym samym sensie język, kultura, religia, zawód, status społeczny czy role, które pełnimy, są nabyte i zmienne — można je zmienić lub utracić, pozostając sobą— więc jeśli coś może ulec zmianie bez zerwania ciągłości „ja”, to nie stanowi jego istoty, a jedynie warstwę, z którą się UTOŻSAMIAMY żeby…


Żeby nie zwariować. 

By przynależeć. 

By nie odstawać. 

By jakoś funkcjonować tam, gdzie nas akurat życie rzuciło.

By… przetrwać. 

Dlaczego? Biologia odpowiada wprost: to, co inne, jest atakowane. Taki atawizm. Zmiana lub nowość lub inność = potencjalne niebezpieczeństwo = trzeba tego nie lubić i unikać lub walić w to kijem. 


Wyobraź więc sobie, że możesz być sobą. Takim w 100%. Robić tylko to, co uważasz w sercu za słuszne dla Ciebie.  Wiedziałbyś, kim być? Jakim być? Ile z rzeczy, które robisz, przestałbyś robić? Kim byś był? Jak byś się nazywał? 


Kim ja bym była? 

Bo piszę ten tekst z perspektywy nieoceniającej. Mojej własnej. Zadając sobie te wszystkie pytania w duchu. 

Kim jestem, gdy się mnie wyrwie z kontekstu? Gdy nikt nie patrzy? Nie słucha? Nie ocenia? Jaka jestem i co z tego jest tak naprawdę jest moje, a co wyuczone, by przerwać, by wyglądać, by się dostosować, by nie odstawać poza bezpieczne granice? 


Trenuję sobie. Obserwuję siebie, gdy jestem w domu sama i nikt nie komentuje. Co wtedy robię inaczej. Patrzę na swoje myśli. Co myślę o czymś, o kim i co z tego mówię głośno a co nie… i dlaczego. 


A Ty? Kim byś był? 

——————


🇬🇧 In English: https://karolinazurart.com/welcome/f/me-before%E2%80%A6-me


sobota, 29 listopada 2025

O MAGNESACH, GADUŁACH I SYSTEMIE OPERACYJNYM




Nie jesteśmy ciałem, które ma duszę. Jesteśmy duszą, która ma ciało.


Wybrała je sobie, bo tylko w taki sposób, wchodząc w materię, może funkcjonować w świecie materialnym. Musi mieć punkt zaczepienia.


Można powiedzieć w dużym uproszczeniu, że dusza przyczepiona jest do ciała na magnesy. Ależ ależ — ja wiem, jak to brzmi! Ale nie, jeszcze nie bredzę. Tłumaczę. Każde uderzenie serca to impuls elektryczny, który wytwarza silne pole magnetyczne — najsilniejsze w całym organizmie, mierzalne w magnetokardiografii kilka centymetrów poza skórą. Badania HeartMath pokazują nawet, że pole serca synchronizuje się z polami innych ludzi w pobliżu. Mózg robi to samo, tylko w bardziej skomplikowanym rytmie — to dokładnie rejestruje EEG. Razem tworzą coś, co fizyka nazywa dynamicznym polem elektromagnetycznym człowieka. Spirytystyka mówi tu o „aurze” lub „energii” człowieka. Dwie nazwy, jedno zjawisko, które utrzymuje duszę w cielesnych ryzach.


Można to sobie wyobrazić tak: ciało to magnes, który wytwarza pole, a dusza — to subtelna struktura energii, która w tym polu może się zakotwiczyć. Nie przykleja się do mięśni czy organów. Ona trzyma się pola magnetycznego, a pole trzyma się ciała, bo przez nie jest generowane. Proste? Dla mnie kiedyś brzmiało jak bajdurzenie żula Mariana po kilku głębszych. Teraz już nie brzmi.


Pora na rusztowanie. W ciele mamy dwa kręgosłupy. Ten materialny oraz ten energetyczny. Czakry to nie magiczne kolorowe wiry, tylko właśnie ten energetyczny kręgosłup. W duchowości — centra energii. W biologii — miejsca, gdzie skupia się układ nerwowy i hormonalny: splot krzyżowy, lędźwiowy, trzewny (czyli największe centrum nerwowe po mózgu), grasica, tarczyca, szyszynka. Dwie narracje opisujące tę samą mapę.


Gdy czakra pracuje prawidłowo — sygnał jest czysty. Dusza „słyszy” ciało, ciało „słyszy” duszę. Odbierają się nawzajem. Gdy czakra jest zaburzona, zamknięta — sygnał się rwie. Ciało reaguje bólem, stanem zapalnym lub napięciem, dusza — dezorientacją, brakiem kierunku, poczuciem odłączenia. Jesteśmy w tak zwanej dupie. Biologia mówi na to: rozregulowana oś HPA, niski ton nerwu błędnego, chaos między układem współczulnym a przywspółczulnym. Efekt identyczny.


Czakry więc i ich stan decydują o jakości kontaktu między duszą a biologią ludzkiego ciała. Dusza znów również wpływa na czakry, bo to przez nie kieruje energią, intencją i emocją.


To tak w ramach fizjologii duchowej. Ale do rzeczy, bo ja to wszystko tłumaczę po coś.


A teraz to coś. Uświadomienie sobie, że tak naprawdę jesteśmy głównie duszą, a nie ciałem — zmienia wszystko (a przynajmniej powinno). Szkopuł w tym, że strasznie ciężko to zrobić, bo tutaj — na ziemi, po której wszak twardo trzeba stąpać — odczuwamy prymarnie ciało i jego odgłosy, odruchy i potrzeby. Dusza funkcjonuje jako coś abstrakcyjnego, drugoplanowego, na czym trzeba się skupić może raz w tygodniu. W niedzielę. Potem wracamy w nasz regularny rytm zachowań skoncentrowanych wokół ciała właśnie.


By to zmienić — by zrozumieć, że jesteśmy istotą duchową, która jedynie ubrała się w ciało, aby dokonać tego, co ma do zrobienia na ziemi, trzeba czakry otworzyć, oczyścić. Potem mózg zakneblować, ciało przesunąć na drugi plan i w końcu myśli wyłączyć.


I tutaj pojawiają się schody, ponieważ podstawowym zadaniem mózgu jest utrzymanie nas przy życiu. Co za tym idzie, ciężko mózg uciszyć. On będzie gadał, mielił, analizował, przypominał, oceniał, drążył, ostrzegał, podsuwał obrazy, wypełniał luki, zakłamywał wspomnienia i już. Z perspektywy neuronauki to właśnie aktywność tzw. domyślnego trybu pracy mózgu — DMN — który generuje strumień myśli, żeby przewidywać zagrożenia. To jego praca, nie wada charakteru. Sam się nie zamknie. Trzeba mu w tym pomóc.


Medytacją na przykład (a tej tyle rodzajów, ilu ludzi, którzy ją praktykują). Medytacja to nie jakieś duchowe kokodżambo dla nawiedzonych (bo takie opinie też słyszałam). To stopniowe wyciszanie umysłu, skupienie się na ciele, a wreszcie odłączenie od niego. Badania fMRI pokazują, że medytacja uspokaja DMN, wzmacnia korę przedczołową i harmonizuje fale mózgowe. W języku duchowym: przechodzimy do nadświadomości, czyli — nazwijmy to prosto — do kontaktu z duszą.


Pomagają czasami wstrząsy — choroby, wypadki, utrata bliskich. Sytuacje zwane granicznymi, bo po ich doświadczeniu już nic nie jest takie samo. Są granicą pomiędzy starymi i nowymi wersjami nas samych. Psychologia nazywa to post-traumatic growth — gwałtowną reorganizacją mózgu po traumie, która zmienia priorytety i sposób widzenia życia. Duchowość mówi: dusza się budzi.


To są też momenty samo-irytacji, kiedy mówimy: „Sam już ze sobą nie mogę wytrzymać”.

Sam ze sobą, czyli kto z kim? Nasz duch z naszym ciałem, rządzonym tą gadułą — umysłem. Wtedy otrzymujemy informację jak na tacy: nadświadomość (dusza) nie zgadza się z tym, co robi ciało, w którym mieszka. Co gada mózg, jakie reakcje wywołuje to w ciele, jakie ma człowiek nawyki, jakie błędy powtarza, czego ciągle nie widzi. Stres, strach, niepokój, rozdrażnienie, przerażenie, a nawet wymioty i inne sraki.


Wtedy dochodzimy do konkluzji następującej: ok. Jesteśmy duszą. Jesteśmy tutaj po coś, inaczej siedzielibyśmy sobie wygodnie w świecie duchowym, zamiast się tu szarpać.

Ale! Jeśli skupimy się wyłącznie na ciele, jest takie ryzyko, że nie dojdziemy do tego, kim jesteśmy i PO CO tutaj jesteśmy.


Pozwolimy, by umysł nas rozpraszał — a że będzie to robił, to gwarantowane. On po to jest. Będzie narzucał nam się ze swoim analizowaniem przeszłości, planowaniem przyszłości, stresowaniem się nią. Nigdy tak naprawdę nie będziemy przeżywać świadomie momentu teraźniejszego.

A co za tym idzie — będziemy się miotać.


Przykład: to tak jakbyśmy przyszli do nowej firmy, ale rozmyślali o tym, co robiliśmy w starej. Ewentualnie o tym, co może pójść nie tak tutaj, bo w poprzedniej szło źle. Nigdy nie zrozumiemy, po co w tej nowej firmie jesteśmy. Jaki zakres obowiązków mamy, jakie umiejętności musimy opanować. Prawda?


A dusza? Nie krzyczy. Jest zbyt stara i zbyt mądra, by się drzeć. Czeka. Ma czas. Jest przecież wieczna. Nauka pokazuje, że stany głębokiej intuicji to synchronizacja fal gamma — subtelnych, cichych, ale wyjątkowo spójnych. Duchowość mówi: głos duszy. Biologia: zsynchronizowane obwody mózgowe w momentach wysokiej świadomości. Jedno i to samo, inne słowa.


Dla duszy jeśli nie to wcielenie, to inne. Ale na logikę— lepiej zrobić to, po co się przyszło szybciej niż później, żeby po powrocie do domu (w świat duchowy) duch nie musiał się pacnąć w czoło, że znów wcielenie zawalone. Że trzeba się wcielić jeszcze raz, bo inaczej duchowa stagnacja i nuda na tym samym poziomie i to na wieki, niczym w grze komputerowej — ta sama plansza. Toteż może dusza nam szepnie: „a weź się w końcu, kierwa, skup człowieku, żebyśmy tej samej lekcji nie musieli przerabiać do usmarkania”. W przeciwnym razie będzie trzeba tu wrócić i zacząć raz jeszcze, i raz jeszcze, i jeszcze raz… Tak, aby w końcu można było przejść poziom wyżej, gdzie są już inne zadania. Inne wcielenia. Inne wyzwania. 


Zamiast więc miotać się jak kura bez głowy, obijając się o wspomnienia, przypuszczenia i strachy, skupmy się czasami na duszy. Tylko ona przecież wie, po co do cholery ten cały cyrk zwany życiem…


Nie. Nie jesteśmy ciałem.


_______

In English 🇬🇧

https://karolinazurart.com/blog/f/a-treatise-on-magnets-soul-chatty-brains-and-operating-systems


MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...