środa, 20 maja 2026

TRAKTAT O BABIE JADZE


We are the granddaughters of witches you couldn't burn. 

W wolnym tłumaczeniu: jesteśmy wnuczkami wiedźm, których nie udało wam się spalić. 

Przeczytałam kiedyś to zdanie i tak we mnie jakoś grało.... Grało latami...
Myślałam… o co tu chodzi? Że my, kobiety, pochodzimy od czarownic, które wymknęły się mackom inkwizycji? I kim są ci “oni”? Podpalacze?
Czy tu rzeczwiście chodzi o psycholi z krzyżem w ręku i strachem skrytym pod sutanną?
No nie… chyba nie… może nie do końca.


Dla mnie kobieta to wiedźma. Nie czarownica. Wiedźma, czyli kobieta wiedząca.
W czasach inkwizycji kobieta z wiedzą była po prostu groźna, bo znała rośliny jadalne i trujące. Wiedziała, co można ugotować, czym leczyć, a czym otruć. Rozumiała cykle naturalne i potrafiła prowadzić porody, co dawało jej realną władzę nad życiem i śmiercią ludzi i zwierząt. Kobiece ciała i procesy biologiczne były traktowane jak tajemnica – coś, co patriarchat i Kościół uważały za wstydliwe, nieczyste i niepojęte. Kobiety, które miały swoje własne zdanie, umiały liczyć czy się podpisać były nie do zaakceptowania (ciężej nimi było manipulować). Co dopiero takie, które leczyły, ratowały, mogły działać niezależnie od mężczyzn, co groziło podważeniem hierarchii społecznej. Dlatego inkwizycja i lokalne władze tropiły je systematycznie: demonizowały ich wiedzę, oskarżały o czary i pozbawiały życia. Wiedza to władza. A oni nie chcieli się władzą dzielić…


Szukali więc powodów… a to włosy zbyt rude, a to pieprzyk, a to za bardzo pyskowała, za dużo wychodziła z innymi, albo za mało wychodziła i trzymała się na uboczu. A to kosza dała sąsiadowi, więc doniósł. Albo za dużo dała i trzeba było to jakoś ukryć. Ewentualnie samego siebie się nie ogarniało, więc trzeba było kogoś za to wysłać na stos, zamiast zapanować nad własnym kut*sem, że tak brzydko (bo prawdziwie) powiem.


Później też nie było lepiej. Mózg miała… jak mogła! Trzeba więc było się upewnić, że go nie użyje. Ani w szkole, ani w towarzystwie. Taśmowe rodzenie dzieci zajmowało ją wystarczająco. Ewentualnie ksiądz postraszył piekłem, ojciec dał w pysk, a matka dała tamborek. Można też było wysłać do domu dla obłąkanych. Elektrowstrząsy skutecznie leczyły z mżonek o wolności wyboru, edukacji i prawach człowieka.
Potem jak pokazała kostkę czy odkrytą głowę — to albo była łatwa, albo była nikim. Wszak tylko biedne chłopki miały to w dupie, bo były za bardzo zajechane robotą, by przejmować się konwenansami i tym, jaka część ciała im się opali lub wysunie spod spódnicy.


Jeszcze później? Też nie lepiej… pozornie równe prawa. Ale pensje jakby różne. Ale szanse jakby nie te same. On — ma powodzenie. Ona się puszcza. On — flirtuje. Ona — godności nie ma. On — zarabia na rodzinę. Ona — karierowiczka. On — walczy o swoje. Ona — się awanturuje. Ewentualnie okres chyba ma. On — ustanawia prawa. Ona — niech dźwiga! Na traktory! Głosować chciała, edukować się chciała, to tak z rozpędu do kopalni, a co! Przecież to to samo… On — musi się odstresować z kolegami. Ona —no przecież to nie przystoi. A tak w ogóle to kto z dziećmi zostanie… On — zasłużył na awans. Ona — też niby zasłużyła, no ale my ją awansujemy, a ona pójdzie na macierzyński… w tle? Społeczeństwo nam się starzeje. Baby się zbiesiły w krajach wysoko rozwiniętych. Bez powodu kompletnie. Dzieci mniej rodzą…


I taka ciekawostka historyczna, żeby nie było, że nie było: w Europie dopiero po I wojnie światowej, wraz z ruchem sufrażystek i zmianami społecznymi, kobiety w miastach zaczęły pojawiać się w lokalach publicznych częściej, choć nadal często w ograniczonych sekcjach lub… wchodziły bocznymi drzwiami. W UK aż do 1982 roku kobiety mogły być formalnie odmówione obsługi przy barze, jeśli nie towarzyszył im mężczyzna. Aleeeee!


Ale my jesteśmy wnuczkami tych kobiet. Baby Wy, moje kochane. Te wtręty socjalno-historyczne są po to, by przypomnieć Wam, że my nigdy, mimo pozycji z dupy wziętej, nie byłyśmy ofiarami. Zawsze walczyłyśmy. Nieraz wieki to zajęło, ale nie przestawałyśmy. Walczyłyśmy i głośno, a i po cichu. Wprost i opłotkami, wychowując swoje córki na kobiety wolne i silne. A swoich synów na mężczyzn, co się takich nie boją, tylko z nimi współpracują.


Nigdy nie pozwólcie sobie wmówić, że jesteście ZA. Za stare, za młode. Za grube, za chude. Za mało wykształcone, za bardzo wykształcone. Za bardzo emocjonalne, zbyt skryte. Zbyt śmiałe, zbyt nieśmiałe. Za ciche, za głośne.
Tam, gdzie pojawia się “za”, pamiętajcie — nie chodzi o Was. Chodzi o limity tego, kto chce Was ubrać w swoje głupie granice.
Kobiecość jest “ZA” z założenia. ZA-JE-BI-STA.


Tylko ludzie, którzy mają w sobie poukładane, nie będą mieli z tym problemu. Nie musicie niczego nikomu udowadniać. Pokazywać. A już na pewno nie musicie prosić, by zrozumiał.
My, jak księżyc, nawet jak w jakiejś fazie ledwo nas widać, znikamy w oczach czy tłumie, to i tak zawsze jesteśmy pełne. WYSTARCZAJĄCE. Nigdy nikomu nie pozwólcie sobie wmówić, że będziecie czegoś (czy kogoś) warte, jeśli… gdy… o ile… o ile stracicie 5kg, czy przytyjecie 4kg. O ile zrobicie jeszcze jeden dyplom, albo wcale go nie zrobicie. O ile urodzicie dziecko (a kiedy drugie, trzecie i piąte?) lub zdecydujecie, by dzieci nie mieć. O ile przełkniecie wszystko. Albo jeśli niczego nie przełniecie i wyrzygacie im to prosto w twarz.


Mamy mocne połączenie z naturą. Jak i ona mamy swoje cykle, które przychodzą, by to, co już nieprzydatne, obumarło i potem urodziło się na nowo. Nawet cykle menstruacyjne nam się synchronizują z cyklami kobiet nam bliskich.
Mamy ciała, które umieją budować i wykarmić inne ciała (i nie mówię tu jedynie o laktacji). Jesteśmy portalem. Przeprowadzamy człowieka ze stanu duchowego w stan skupienia fizyczny (że tak to ujmę).
Mamy instynkt, który pozwala - nawet jeśli nam nikt nie pokaże i nie wytłumaczy - dać życie. Sprowadzić je na ziemię i utrzymać, chronić i bronić. Same nie wiemy, skąd w nas ta siła, która się pojawia, gdy ktoś chce skrzywić nasze dziecko. Skąd wówczas brak strachu, zmęczenia, poczucia głodu.
Mamy uwarunkowane biologicznie (a nie tylko socjalnie) poczucie solidarności z innymi kobietami. Gdyż? Gdyż kiedyś życie w stadzie, grupie i wspieranie się, wykarmienie dzieci (nawet i nie swoich), dzielenie się ciepłem i schronieniem warunkowało przetrwanie.
Mamy cholernie silną psychikę. Dajemy radę w najtrudniejszych okolicznościach i trudno nas złamać. Mamy momenty, gdzie są doły i łzy. Potem się otrzepujemy i idziemy dalej. Znów nauka potwierdza — kobiecy mózg lepiej integruje informacje z obu półkul, co pozwala równocześnie kontrolować emocje i zadania. Szybciej adaptuje się do stresu dzięki efektywniejszej regulacji hormonów i sieci społecznego wsparcia (bo my częściej prosimy o pomoc). Ta kombinacja daje większą odporność psychiczną i elastyczność w trudnych sytuacjach. Niezatapialne jesteśmy. Ot co!
Mamy mózg, który umożliwia nam robienie wielu rzeczy naraz, bez zawalania ich. I żeby nie było żem gołosłowna - badania neurologiczne potwierdzają, że u kobiet częściej silniej współpracują te części mózgu, które odpowiadają za zarządzanie zadaniami, przełączanie uwagi, monitorowanie wielu bodźców naraz i kontrolę błędów.
U mężczyzn najczęściej wydajność jest najwyższa przy jednym zadaniu, ale spada przy wielu jednocześnie. My pilnujemy dziecka, jedną ręką mieszamy coś w garnku, drugą prasujemy, a jednocześnie skupiamy się na rozmowie telefonicznej, którą w międzyczasie prowadzimy, by zapisać w kalendarzu daty wizyt lekarskich i upewnić się, że żadne spotkania na siebie nie nachodzą. To my jesteśmy urodzonymi managerami, gdyby ktoś wątpił.


A ci oni? Podpalacze? Co chcieli się nas pozbyć? To chyba ci, którzy nas się po prostu bali. Tej naszej siły. Wspólnoty. Tej niezależności, intuicji. Władzy, jaką nasze ciała mają nad ich ciałami.
I jeszcze jedno. Pamiętajcie. Jesteśmy najsilniejsze i najpiękniej kwitniemy w grupie.
Gdy trzymamy się razem i wspieramy nawzajem.
Nie wtedy, gdy obrabiamy sobie dupę. Nie wtedy, gdy jedna drugą poniżamy. Kopiemy pod którąś dołki. Nie wtedy, gdy okazujemy wyższość lub odbijamy faceta. Facet odbity to taki, przez którego nam się z czasem odbija. A i niektórym w ogóle odbija… nie warto.
Ogólnie… przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę — byle kupą, mościpanny.
Wystarczy popatrzeć na nasze pra-prababki. I zastanowić się, skąd wzięły siłę — mimo niesprzyjających im praw (czy bezprawia), wojen, konwenansów, wiatrów, wiatraków i wariatów.


Tako rzekę ja, Karol.
Bo być może, gdy już zostanę papieżem, ktoś będzie mi musiał biskupować. Rekrutację zacznę na dniach…
——————————————————🔺🔺In English? HERE
⬇️⬇️https://karolinazurart.com/blog/f/treatise-on-baba-yaga

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...