sobota, 29 marca 2025

OGIEŃ


Chcieli ubrać mnie w swoje oczekiwania.
Spłonęły na stosie moich potrzeb. 

Chcieli owinąć mnie kokonem poprawności politycznej. 

Spopieliła go prawda którą głoszę bez ogródek. 


Chcieli pomalować mnie na swoją modłę. 

Spłynęły barwy sztuczne bo we mnie, rozgrzana do czerwoności, buzowała moja autentyczność. 


Chcieli obudować mnie zakazami.

Połamały się pod ciężarem moich kroków, gdy szłam jak zawsze własnymi drogami. 


Próbowali nakarmić mnie wiedzą jedynie słuszną. Faktami nie-do-podważenia.

Moja inteligencja wydaliła truciznę. 


Próbowali straszyć. 

Atakować. 

Ustawiać w szeregu. 

Wyśmiewać. 

Przegrali. 

Bo poza sobą samą—niewiele mam do stracenia. 


Gdziekolwiek podążam, 

Zabieram siebie ze sobą. 

Cokolwiek robię, ja to robię. 

Gdy uciekam, przed sobą nie ucieknę. 

Gdy wybieram, stoję w centrum mojego wyboru. 


Gdy siebie stracę, to nie ma mnie. 

A ja lubię być!

Być uparcie, czasem na przekór i wbrew. 


Zbudowali stosy. 

Chcieli mnie spopielić. 

A ogień palił….

Palił wszystko to, co mną nie było, 

aż docierał do rdzenia mnie samej. 

Niszczył piórka w które obrosłam. 

By moja istota choć naga i uwłaczająca oczom, które boją się prawdy

Nie zaprzeczała samej sobie

Na drodze pełnej miraży. 


Zbudowali stosy. 

Chcieli mnie spopielić. 

Nie wiedzieli, że ogień to… ja. 


🇬🇧 English version here:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-fire


piątek, 21 marca 2025

TWOJA KOLEJ, BOŻE


Gdy trudno tak, że już bardziej nie może, pomóż mi, Boże.  
I gdy nie działa mówienie do ludzkiego ucha, ty mnie wysłuchaj. 
Bądź tam gdzie nikogo dla mnie nie ma,

gdy trzęsie mi się ziemia, a w posadach wali wszystko, w co wierzyłam. 

Ty mnie podtrzymaj.

Za rękę mnie weź i prowadź. 

W ciemności jak kot pewne kroki stawiasz i nie zostawiasz

tych co nie rozumieją, gdzie prowadzi ich droga 

i winią ciebie, Boga... 

Ty ich rozumiesz, więc mnie zrozum teraz

gdy jestem o krok by powiedzieć, że nie idę więcej. 

Trzęsą mi się ręce,

Ogląd świata drży, także... twoja kolej. 

 

Powiedz: niech będzie światło, bo się czasem boję.

Powiedz: niech będzie dobrze. I będzie, bo wiesz

że się przecież w ciało zmienia wszystko to co chcesz.


Ja tu nie chcę narzekać, znasz mnie wszak od lat.

Ale trudno cicho siedzieć, gdy się wali świat. 

Mówisz - on się nie wali, tylko kształty zmienia

Byśmy mogli pojąć lepiej nasz tu sens istnienia.

Ja wiem, wiem to wszystko. Tylko czasem czuję

jakbym chciała ci wygarnąć, że nie współpracujesz.

Co to za współpraca, gdy przy ciężkiej próbie

wiarą każesz góry dźwigać, a ja się tu gubię!

Powiem znów za dużo, czasem sobie przyklnę, 

pobluzgam, popłaczę albo nawet krzyknę. 

Potem pójdę do ciebie. No i co ci powiem...? 

Wybacz mi wszystko bom człowiek tylko, a ty jesteś Bogiem?

 

A Bóg, jak zwykle, siedzi, słucha i się śmieje.

- Kiedy czujesz - mówi - że chyba szalejesz, to pamiętaj, 

że góry co to chcesz przenosić, 

nie są do noszenia. 

Na nie trzeba… wcho-dzić!

A gdy sił ci braknie na twoje mozoły, 

to ja cię podsadzę lub wyślę anioły. 

Tylko skup się, patrz w górę, tam twój cel, aż w niebie.

Łatwo drogę pomieszać gdy wciąż zerkasz za siebie... 


–––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––


👉 In English / po angielsku:

https://karolinazurart.com/blog/f/a-shout-at-heaven



niedziela, 16 marca 2025

STAROŚĆ CZY RADOŚĆ? – Z PAMIĘTNIKA MATKI POLKI

Antoni, 4 lata


Poranna konwersacja o czasie i przemijaniu ( tudzież przeginaniu). 

Antoś siusia SAM. 

- Pomóc ci, synku? - pytam w,dobrej wierze,  pamiętając o atakującej desce klozetowej. 

- Mamoooo..  nie jestem już dzieckiem,  przestań mnie niańczyć - rzecze mi dzieć na dzień przed swymi  4 urodzinami.

- Nie jesteś dzieckiem?  - dopytuję.

- Nie, jestem już duży. 

- Acha.  Duży.  Ciekawe,  co będziesz mówił za dwadzieścia lat...

- Wtedy będę stary,  jak ty.

I teraz pytanie: trzasnąć deską,  czy docenić szczerość? 


In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/morning-musings-time-growing-up-and-the-notorious-toilet-seat

piątek, 14 marca 2025

ROZMOWA Z ANIOŁEM STRÓŻEM


Karol:  Witaj, mój Aniele, sprawę mam do ciebie. Słyszysz mnie, czy może znowu  jesteś w niebie?

Anioł: Słucham, słucham ciągle. 

K: Ale coś z wysoka...

A: Obok stoję.

K: Jaaaasne....

A: Nie spuszczam cię z oka.

K: No, skoro tak twierdzisz, 

to wytłumacz przy tym, 

czemu mam dziś cały lewy bok obity?

A: Bo spadłaś ze schodów.

K: A gdzie wtedy byłeś? I zamiast mnie pilnować, co wtedy robiłeś?

A: Hej, ja próbowałem. Ale nie słuchałaś. Klęłaś, biegłaś głupio, w komórce grzebałaś...

K:  Uch, dzień był koszmarny, nerwy mi puściły. Ty nie pocieszyłeś, mój aniele miły.

A: Przecież ja mówiłem - koniec stresu bliski. Ale nie słuchałaś, bo trąbiłaś whiskey…

K: Tak, to prawda—piłam, żeby strach zagłuszyć.

A: No to teraz będzie ciebie trochę suszyć...

K: Serio? Ja wracałam tylko w jednym bucie. 

To jest właśnie słynne anielskie współczucie?

A: A czemu mam współczuć, gdy człowiek jak gapa o pomoc nie prosi, tylko sam chce latać? Skrzydła moje duże, mogę cię podrzucić, ale nic na siłę, ty wolisz się kłócić. Wolną wolę, rozum dostałaś w pakiecie. Przecież się nie będę narzucał kobiecie...

K: A jak mnie okradli, to też obok byłeś?

A: No jasne, że byłem i wszystko robiłem byś się zatrzymała, poczekała chwilę, aż złodziej odejdzie choćby i na tyle, by nie dostrzec, że się o kłopoty prosisz i portfel miast w torbie, to w kieszeni nosisz. 

K: Jakoś nie widziałam, byś mnie zatrzymywał.

A: No a ten bezdomny, co cię zagadywał?

K: To ty mu kazałeś?

A: Nie, to ja nim byłem. Ta twoja pogarda... nie tak cię uczyłem...

K: Nie tak? To jak niby?

A: Że co siejesz, zbierasz.

K: Ano, jest w tym prawda...

A: I gupio ci teraz? 

K: Głupio, muszę przyznać. Lecz co mam poradzić, że mnie tak pokracznie przez życie prowadzisz?

A: Jak mam cię prowadzić, kiedy ciągle lecisz? O pomoc nie prosisz i wciąż gdzieś się spieszysz? Nie słuchasz też siebie, ciągle hałas w duszy. Albo stres jak wata, on wszystko zagłuszy. Każdy szept anioła, wszystkie dobre słowa...

K: To nie ja, to życie! Czasem boli głowa od nadmiaru tego, co jest do zrobienia. Jak mam cię usłyszeć?

A: Naucz się milczenia.

Zatrzymaj się czasem, wyłącz rozum, myśli. Zwracaj też uwagę na to, co się przyśni. Słuchaj częściej tego, co ci mówi serce.

K: To trudne!

A: Ok, wcale... Tylko ci się nie chce.

K: Mów głośniej po prostu. Nie słyszę inaczej. Może mam coś z uszami...

A: Chyba z duszą raczej. Ja nie wrzeszczę, mam klasę. Ja szepczę do ducha. I nic nie poradzę, kiedy nie chesz słuchać.

K: Ja przynajmniej próbuję, a są tacy w świecie, co wcale nie wierzą, że wy istniejecie!

A: Karol, ja cię proszę, ty się puknij w czoło. Takich rzeczy nie mówi się przecież aniołom...

K: Spokojnie, ja wierzę, że jesteście z nami. Ale są wciąż tacy święcie przekonani, że prócz nas nic nie ma. 

A: Bo patrzą oczami. Zamykają serce, biją się z myślami. Ciągle drążą, co było, co się zaraz stanie. Nie ma ich tu i teraz. Potem załamanie i szukanie winnych—a najlepiej w niebie, zamiast się zatrzymać i spojrzeć w głąb siebie. 

K: I takie to proste? Patrzeć częściej w siebie? A jak dystans zmniejszyć między ziemią i niebem?

A: Miłość. 

K: I co dalej? 

A: Nic dalej. To wszystko. Niebo zostaw ptakom. Anioły są blisko. 


In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/a-talk-with-my-guardian-angel

piątek, 7 marca 2025

CEBULA


Urodziła się sobą, odrębną osobą. 
Prędko się jednak stała tym co usłyszała. 

Jedni mówili - nie biegaj. Inni - biegaj do woli. 
Jedni - nie płacz, to wstyd jest. Drudzy - że trzeba, gdy boli. 
“Z talerza ma wszystko zniknąć” lub “Nie przejadaj się!” 
Przeproś, że żyjesz. Podziękuj. Siedź w kącie a znajdą cię. 
Że dzieci głosu nie mają twierdzili jedni znów. 
A inni - “Co tak milczysz? Mów do nas, mówże, mów!” 

Na studia idź, zrób papier. Czym człowiek bez dyplomu? 
Zawodu lepiej się wyucz albo nie wracaj do domu. 
Męża znajdź. Ślub i dzieci. Pierścionek z brylantem niech świeci. 
Małżeństwo? Ludzie kochani! A na co komu kajdany? 
Kariera, pieniądze, pozycja - to jest kobiety ozdoba. 
Urodę masz? Seksapil? Po co ci mądra głowa… 

Ta sukienka za krótka. A tamta? Co taka długa? 
Coś ty tak przytyła? A czemuś taka chuda?
A ten makijaż to na co? Tak mają panie z ulicy. 
O, jaka niezadbana. Blada jak prosto z piwnicy. 
Ciemna jak spod solary. Taka nieuczesana… 
Patrz jak się odstawiła, przed lustrem stała od rana… 

W opinie te na cebulę z czasem się wystroiła, 
głos własny, intuicję po drodze gdzieś zgubiła. 
Warstwa po warstwie obrosła w piórka z cudzych słów. 
Głowa została jedna, w niej chaos na sto głów. 
A spod odzienia tego nie było widać niczego, 
tak przysłaniał jej ogląd czyjś pogląd. 

Nie mówiła swoich słów, nie myślała swych myśli. Nie musiała. 
Wszak opinia publiczna luki jej wypełniała… 

A w środku siedziało dziecko. Płakało. 
Wiedziało czego chce, nie udawało. 
Wiedziało, kim jest, co lubi, a czego nie. 
Czego mu trzeba, co kocha, a czego boi się. 
Płakało w głos, lecz przez warstwy przebić się nie zdołało 
do tego dorosłego, co go okłamało 
społeczeństwo co uczy, jak siebie pogubić 
bo inaczej ludzie nie będą nas przecież lubić. 

Bo wypada, nie wolno, oczekuje się. 
Albo się dostosuj albo… wynoś się. 
A najlepiej to wstydź się kiedy myślisz sam. 
Gdy masz swoją opinię, nie podążasz tam 
gdzie tłumy się zebrały, co kiedyś wiedziały 
kim były tak naprawdę, ale…. zapomniały. 
Nie wiedzą już co myślą, w co wierzą, co jedzą 
póki im te z zewnątrz głosy nie powiedzą. 

Ona też była sobą. Odrębną osobą. 
Jednak z czasem się stała tym co usłyszała…

IN ENGLISH:

czwartek, 6 marca 2025

WINNA

Dzień Kobiet zbliża się wielkimi krokami. Ja już standardowo świętuję słowem.


Tym, które mówiły za dużo
w czasach gdy milczenie było złotem.
Tym, które milczały za długo
bo mowa srebrna niosła wyrok śmierci. 

Tym, które szły na stos
Gdy historia robiła z nich przypis
na marginesie księgi praw
ustalonych w imię ojca i syna,
boskich. 
Mało ludzkich.

Tym, które tonęły w rzekach,
choć umiały pływać lepiej
niż ci, co je topili ze strachu 
przed ich potęgą. 

Tym, które szyły mundury
dla chłopców co dorosną jeśli nie zginą 
w męskich wojnach 
o ostatnie słowo i kawałek ziemi. 
Co zostawały same na polu bitwy zwanym codziennością, 
by utrzymać przy życiu kolejne pokolenia. 

Tym, którym nie wypadało pytać,
bo odpowiedź i tak już była gotowa.
Wyssana z mlekiem umęczonych matek 
co rodziły często i dużo.
Kładły swe ciała pokotem
jak snopy na polach przy żniwach,
po których krwawią ręce
i pękają plecy. 

Tym, co mogły kochać
tych których im wskazano
za wiano
bo na miłość od serca nie było miejsca 
w strukturach rodzin na pokaz. 

Tym którym gorsety odbierały oddech a zasady jedyne i słuszne zagłuszały duszę.

Tym, które stawiały pierwsze kroki,
żeby innym łatwiej się szło
a każdy krok mógł kosztować życie.

Tym, które miały rozum i dwie ręce,
lecz ograniczone pole do popisu. 
Niby człowiek, a niby-człowiek. 
Zdegradowane z urodzenia
za chromosom, co się powtórzył.

Ich życie nie przeszło do podręczników,
nie stało się cytatem pełnym chwały. 
Pozostało w listach,
w zmęczonych oczach,
księgach parafialnych,
w nierównych linijkach zapisków
gdzie krzyżyk służył za imię.

A ja – mówię głośno,
bo one głosu nie miały.
Idę tam
gdzie one nie miały wstępu. 
Uczę się bo dla nich wrota szkół były zamknięte. 
Mam wybór, gdzie one miały przykazania.

Jestem im to winna.

Za mną stoi moc ich mocy, 
w moich żyłach płynie ich krew, 
a w uszach brzmi ich śmiech
przez łzy 
całych wieków niesprawiedliwości.

Mamy.
Babcie.
Prababcie.
Kuzynki.
Ciocie.
Prasiostry.

Jestem im winna
choćby to jedno zdanie,
którego tym razem
nikt nie będzie mógł skreślić… 

English version:



MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...