Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUCHOWE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUCHOWE. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2026

TRAKTAT O BABIE JADZE


We are the granddaughters of witches you couldn't burn. 

W wolnym tłumaczeniu: jesteśmy wnuczkami wiedźm, których nie udało wam się spalić. 

Przeczytałam kiedyś to zdanie i tak we mnie jakoś grało.... Grało latami...
Myślałam… o co tu chodzi? Że my, kobiety, pochodzimy od czarownic, które wymknęły się mackom inkwizycji? I kim są ci “oni”? Podpalacze?
Czy tu rzeczwiście chodzi o psycholi z krzyżem w ręku i strachem skrytym pod sutanną?
No nie… chyba nie… może nie do końca.


Dla mnie kobieta to wiedźma. Nie czarownica. Wiedźma, czyli kobieta wiedząca.
W czasach inkwizycji kobieta z wiedzą była po prostu groźna, bo znała rośliny jadalne i trujące. Wiedziała, co można ugotować, czym leczyć, a czym otruć. Rozumiała cykle naturalne i potrafiła prowadzić porody, co dawało jej realną władzę nad życiem i śmiercią ludzi i zwierząt. Kobiece ciała i procesy biologiczne były traktowane jak tajemnica – coś, co patriarchat i Kościół uważały za wstydliwe, nieczyste i niepojęte. Kobiety, które miały swoje własne zdanie, umiały liczyć czy się podpisać były nie do zaakceptowania (ciężej nimi było manipulować). Co dopiero takie, które leczyły, ratowały, mogły działać niezależnie od mężczyzn, co groziło podważeniem hierarchii społecznej. Dlatego inkwizycja i lokalne władze tropiły je systematycznie: demonizowały ich wiedzę, oskarżały o czary i pozbawiały życia. Wiedza to władza. A oni nie chcieli się władzą dzielić…


Szukali więc powodów… a to włosy zbyt rude, a to pieprzyk, a to za bardzo pyskowała, za dużo wychodziła z innymi, albo za mało wychodziła i trzymała się na uboczu. A to kosza dała sąsiadowi, więc doniósł. Albo za dużo dała i trzeba było to jakoś ukryć. Ewentualnie samego siebie się nie ogarniało, więc trzeba było kogoś za to wysłać na stos, zamiast zapanować nad własnym kut*sem, że tak brzydko (bo prawdziwie) powiem.


Później też nie było lepiej. Mózg miała… jak mogła! Trzeba więc było się upewnić, że go nie użyje. Ani w szkole, ani w towarzystwie. Taśmowe rodzenie dzieci zajmowało ją wystarczająco. Ewentualnie ksiądz postraszył piekłem, ojciec dał w pysk, a matka dała tamborek. Można też było wysłać do domu dla obłąkanych. Elektrowstrząsy skutecznie leczyły z mżonek o wolności wyboru, edukacji i prawach człowieka.
Potem jak pokazała kostkę czy odkrytą głowę — to albo była łatwa, albo była nikim. Wszak tylko biedne chłopki miały to w dupie, bo były za bardzo zajechane robotą, by przejmować się konwenansami i tym, jaka część ciała im się opali lub wysunie spod spódnicy.


Jeszcze później? Też nie lepiej… pozornie równe prawa. Ale pensje jakby różne. Ale szanse jakby nie te same. On — ma powodzenie. Ona się puszcza. On — flirtuje. Ona — godności nie ma. On — zarabia na rodzinę. Ona — karierowiczka. On — walczy o swoje. Ona — się awanturuje. Ewentualnie okres chyba ma. On — ustanawia prawa. Ona — niech dźwiga! Na traktory! Głosować chciała, edukować się chciała, to tak z rozpędu do kopalni, a co! Przecież to to samo… On — musi się odstresować z kolegami. Ona —no przecież to nie przystoi. A tak w ogóle to kto z dziećmi zostanie… On — zasłużył na awans. Ona — też niby zasłużyła, no ale my ją awansujemy, a ona pójdzie na macierzyński… w tle? Społeczeństwo nam się starzeje. Baby się zbiesiły w krajach wysoko rozwiniętych. Bez powodu kompletnie. Dzieci mniej rodzą…


I taka ciekawostka historyczna, żeby nie było, że nie było: w Europie dopiero po I wojnie światowej, wraz z ruchem sufrażystek i zmianami społecznymi, kobiety w miastach zaczęły pojawiać się w lokalach publicznych częściej, choć nadal często w ograniczonych sekcjach lub… wchodziły bocznymi drzwiami. W UK aż do 1982 roku kobiety mogły być formalnie odmówione obsługi przy barze, jeśli nie towarzyszył im mężczyzna. Aleeeee!


Ale my jesteśmy wnuczkami tych kobiet. Baby Wy, moje kochane. Te wtręty socjalno-historyczne są po to, by przypomnieć Wam, że my nigdy, mimo pozycji z dupy wziętej, nie byłyśmy ofiarami. Zawsze walczyłyśmy. Nieraz wieki to zajęło, ale nie przestawałyśmy. Walczyłyśmy i głośno, a i po cichu. Wprost i opłotkami, wychowując swoje córki na kobiety wolne i silne. A swoich synów na mężczyzn, co się takich nie boją, tylko z nimi współpracują.


Nigdy nie pozwólcie sobie wmówić, że jesteście ZA. Za stare, za młode. Za grube, za chude. Za mało wykształcone, za bardzo wykształcone. Za bardzo emocjonalne, zbyt skryte. Zbyt śmiałe, zbyt nieśmiałe. Za ciche, za głośne.
Tam, gdzie pojawia się “za”, pamiętajcie — nie chodzi o Was. Chodzi o limity tego, kto chce Was ubrać w swoje głupie granice.
Kobiecość jest “ZA” z założenia. ZA-JE-BI-STA.


Tylko ludzie, którzy mają w sobie poukładane, nie będą mieli z tym problemu. Nie musicie niczego nikomu udowadniać. Pokazywać. A już na pewno nie musicie prosić, by zrozumiał.
My, jak księżyc, nawet jak w jakiejś fazie ledwo nas widać, znikamy w oczach czy tłumie, to i tak zawsze jesteśmy pełne. WYSTARCZAJĄCE. Nigdy nikomu nie pozwólcie sobie wmówić, że będziecie czegoś (czy kogoś) warte, jeśli… gdy… o ile… o ile stracicie 5kg, czy przytyjecie 4kg. O ile zrobicie jeszcze jeden dyplom, albo wcale go nie zrobicie. O ile urodzicie dziecko (a kiedy drugie, trzecie i piąte?) lub zdecydujecie, by dzieci nie mieć. O ile przełkniecie wszystko. Albo jeśli niczego nie przełniecie i wyrzygacie im to prosto w twarz.


Mamy mocne połączenie z naturą. Jak i ona mamy swoje cykle, które przychodzą, by to, co już nieprzydatne, obumarło i potem urodziło się na nowo. Nawet cykle menstruacyjne nam się synchronizują z cyklami kobiet nam bliskich.
Mamy ciała, które umieją budować i wykarmić inne ciała (i nie mówię tu jedynie o laktacji). Jesteśmy portalem. Przeprowadzamy człowieka ze stanu duchowego w stan skupienia fizyczny (że tak to ujmę).
Mamy instynkt, który pozwala - nawet jeśli nam nikt nie pokaże i nie wytłumaczy - dać życie. Sprowadzić je na ziemię i utrzymać, chronić i bronić. Same nie wiemy, skąd w nas ta siła, która się pojawia, gdy ktoś chce skrzywić nasze dziecko. Skąd wówczas brak strachu, zmęczenia, poczucia głodu.
Mamy uwarunkowane biologicznie (a nie tylko socjalnie) poczucie solidarności z innymi kobietami. Gdyż? Gdyż kiedyś życie w stadzie, grupie i wspieranie się, wykarmienie dzieci (nawet i nie swoich), dzielenie się ciepłem i schronieniem warunkowało przetrwanie.
Mamy cholernie silną psychikę. Dajemy radę w najtrudniejszych okolicznościach i trudno nas złamać. Mamy momenty, gdzie są doły i łzy. Potem się otrzepujemy i idziemy dalej. Znów nauka potwierdza — kobiecy mózg lepiej integruje informacje z obu półkul, co pozwala równocześnie kontrolować emocje i zadania. Szybciej adaptuje się do stresu dzięki efektywniejszej regulacji hormonów i sieci społecznego wsparcia (bo my częściej prosimy o pomoc). Ta kombinacja daje większą odporność psychiczną i elastyczność w trudnych sytuacjach. Niezatapialne jesteśmy. Ot co!
Mamy mózg, który umożliwia nam robienie wielu rzeczy naraz, bez zawalania ich. I żeby nie było żem gołosłowna - badania neurologiczne potwierdzają, że u kobiet częściej silniej współpracują te części mózgu, które odpowiadają za zarządzanie zadaniami, przełączanie uwagi, monitorowanie wielu bodźców naraz i kontrolę błędów.
U mężczyzn najczęściej wydajność jest najwyższa przy jednym zadaniu, ale spada przy wielu jednocześnie. My pilnujemy dziecka, jedną ręką mieszamy coś w garnku, drugą prasujemy, a jednocześnie skupiamy się na rozmowie telefonicznej, którą w międzyczasie prowadzimy, by zapisać w kalendarzu daty wizyt lekarskich i upewnić się, że żadne spotkania na siebie nie nachodzą. To my jesteśmy urodzonymi managerami, gdyby ktoś wątpił.


A ci oni? Podpalacze? Co chcieli się nas pozbyć? To chyba ci, którzy nas się po prostu bali. Tej naszej siły. Wspólnoty. Tej niezależności, intuicji. Władzy, jaką nasze ciała mają nad ich ciałami.
I jeszcze jedno. Pamiętajcie. Jesteśmy najsilniejsze i najpiękniej kwitniemy w grupie.
Gdy trzymamy się razem i wspieramy nawzajem.
Nie wtedy, gdy obrabiamy sobie dupę. Nie wtedy, gdy jedna drugą poniżamy. Kopiemy pod którąś dołki. Nie wtedy, gdy okazujemy wyższość lub odbijamy faceta. Facet odbity to taki, przez którego nam się z czasem odbija. A i niektórym w ogóle odbija… nie warto.
Ogólnie… przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę — byle kupą, mościpanny.
Wystarczy popatrzeć na nasze pra-prababki. I zastanowić się, skąd wzięły siłę — mimo niesprzyjających im praw (czy bezprawia), wojen, konwenansów, wiatrów, wiatraków i wariatów.


Tako rzekę ja, Karol.
Bo być może, gdy już zostanę papieżem, ktoś będzie mi musiał biskupować. Rekrutację zacznę na dniach…
——————————————————🔺🔺In English? HERE
⬇️⬇️https://karolinazurart.com/blog/f/treatise-on-baba-yaga

niedziela, 22 marca 2026

PODRÓŻNIK NIEZIEMSKI


A kiedy przyjdę na świat raz jeszcze,

znowu zapomnę, po co tu jestem.

Przy porodzie krzyknę głośno, zdrowo,

utulą mnie jakieś obce ręce…


Przygarnie mnie do piersi matka nowa,

pierwsze znów zrobię chwiejne kroki,

pierwsze wypowiem niezdarne słowa —

nauczę się życia w duchu tej epoki.

Niby tylko dziecko, taki mały skrzat,

a wewnątrz dusza co ma i miliony lat…


Kolejny dzień wstanie. Ziemia się zakręci. 

Wszystko niby nowe, lecz nic się nie zmienia. 

I znowu aktorzy odgrywają role —

cykl światła i nocy. Śmierci — odrodzenia. 


Nieodrobione lekcje zaczekają na mnie

w zeszycie wcieleń, zapisane skrzętnie.

Znów się zakocham. Może znów odejdę.

Lub ktoś mnie zostawi i serce mi pęknie…


Potem się potknę o własne wybory,

żeby się nauczyć, jak się nie potykać.

Każdy błąd to nie błąd — ale chwila prawdy,

źródło wiedzy, mądrości, może i pokory…


I rzucę talerzem, i wypiję kawę.

Budzić się będę powoli — jak zwykle.

Tutaj coś zawalę, tam coś znów naprawię.

Czy kiedyś do tego procesu przywyknę? 


Ciągnąć mnie będzie w miejsca, których

podobno nigdy wcześniej nie poznałam.

Dziwna tęsknota poprowadzi cicho

tam, gdzie już byłam — ale zapomniałam.


Talenty moje, pasje z żyć poprzednich,

ujawniać się będą warstwa po warstwie,

jak wykopaliska na gruzach pamięci,

ślad dawnego życia w muzyce, malarstwie…


Więc nagle słowo jakieś mi zabrzmi znajomo.

I dźwięk poruszy w duchu coś sprzed urodzenia.

I czyjś obrazek, linia albo kolor

otworzy we mnie pole głębszego istnienia. 


Przypomnę sobie, że już tutaj byłam

lecz w innym czasie i innej przestrzeni —

— ramach, w które duszę na ziemi się wkłada,

kiedy schodzi tutaj, by status swój zmienić.


Bo ciało ludzkie jest tylko skafandrem.

Pozwala dotknąć tego, co cielesne.

Trzeba o nie zadbać, a potem je zrzucić,

gdy stanie się stare, zużyte, za ciasne.

Nie da się ciała zatrzymać na własność — 

to tylko pomost między wymiarami

by to co duchowe mogło doświadczać,

zmierzyć się z czysto ludzkimi wyzwaniami.


A ja już byłam. I znowu jestem.

Nigdy naprawdę być nie przestałam.

Choć po co, dlaczego — wciąż do końca nie wiem.

I w poprzednich życiach często nie wiedziałam…


Lecz jeśli jestem — to przecież po coś.

Wszechświat bezsensu przecież nie uznaje.

Misja przybiera kształty powoli,

gdy człowiek jej szukać na siłę przestaje.


Ja znowu przyjdę. Potem umrę znowu.

Setki razy wrócę, jeśli będzie trzeba,

by wyrzeźbić lepiej to ciało duchowe,

zostawić co nie służy, czego mi nie trzeba. 

To, co się miota, szarpie i ciąży,

i co przygniata, co odbiera spokój —

nie ten doczesny, kruchy, chwilowy,

lecz ten na zawsze, który nie zna mroku.


Więc kiedy przyjdę na świat raz jeszcze,

utulą mnie jakieś inne ręce.

Otworzę oczy na świat niby nowy, 

zabije we mnie moje nowe serce. 

I będę wiedzieć, gdzieś tam pod skórą,

nową powłoką, językiem, imieniem,

że znów wróciłam. Wracać będę często,

póki w lepszą wersję siebie się nie zmienię…

————-

In English ⬇️⬇️⬇️

https://karolinazurart.com/welcome/f/the-unearthly-traveler



niedziela, 13 lipca 2025

MAMA W NIEBIE

Poszła mama do nieba, taka trochę zdziwiona. 

Że raj? I anioły? I że ma być zbawiona? Jak to – wieczne szczęście? 

I bólu nie będzie? Zmartwień i rachunków?

Bałaganu wszędzie? Mimo grzechów, złości, gniewu i zwątpienia, 

czy Bóg ma w jej życiu coś do powiedzenia? 

A Bóg, jak ma w zwyczaju, wita swoich gości:

- Zdałaś, moja mała, egzamin z miłości. 

- Z miłości? Egzamin? Jak?

- Już mówię, czekaj. Po to też na ziemię wysyłam człowieka, by nauczył się kochać mimo przeciwności. Człowiek powołany jest wszak do miłości. 

- Ale przecież klęłam...

- Bo ci ciężko było. Mimo to walczyłaś i to była miłość.

- No a zazdrość?

- To ludzkie. Zdarza się najlepszym. Nawet święty, nim święty, też coś przecież spiep…

- Ychm... - Święty Piotr subtelnie dokończył to zdanie. 

- Grunt to wierzyć, kochać,  wykonać zadanie. Ja matki posyłam przecież do kochania.

- I prania, sprzątania, no i gotowania... -  Święty Piotr z przekąsem zaśmiał się pod nosem nad matyczynym niełatwym, a typowym losem.

- Piotrze, jak cię lubię....

- Już, już milczę, Panie. Mówię tylko - niełatwe dałeś im zadanie. Mnie też przecież nieraz dusza z bólu drżała, gdym na ziemi mieszkał. A zwą mnie wszak Skała.

- Prawdziwe diamenty pod presją powstają. A kobieta, mówię, już się rodzi skałą. Kamieniem węgielnym dla rodziny każdej. Szlifowanym w bólach. Test z miłości wszakże nie jest łatwy bo kochać to wyrzec się siebie. Ufać mimo bólu. Trwać, gdy ktoś w potrzebie.

- Ale ja naprawdę zawaliłam srodze. Pamiętasz ten miesiąc, kiedy po rozwodzie, piłam i mówiłam, że cię wcale nie ma? I że o mnie nie dbasz?

- Trzęsła ci się ziemia. Ale się podniosłaś, gdzie iść - nie wiedziałaś i do mnie o pomoc po nocach wołałaś, gdy dzieci już spały, żeby nie widziały jak ci ciężko…

- Ciężko. Wszystko się kończyło.

- A ty rosłaś w siłę.  I to była milość.

- No a po wypadku, gdy tak chorowałam? Cierpliwości, wiary wcale już nie miałam. Pamiętasz? Mówiłam, że w ciebie nie wierzę, że mam dosyć, basta...

- Oj tak, mówiąc szczerze. Ale znów walczyłaś, znów się nie poddałaś. Mimo bólu, strachu.  A to właśnie wiara. 

- Ja nic nie rozumiem...

- I wcale nie musisz. Grunt, że życie przeszłaś tak, by do mnie wrócić. 

- Lecz może je mogłam jakoś lepiej przeżyć?

- Przestań wreszcie, mała.  Co, Bogu nie wierzysz? Powołałem matki do zadań specjalnych. Do dawania życia, do spraw niebanalnych. Wysiłków nadludzkich i pracy nad sobą. Do bycia przykładem,  gwardią honorową, inspiracją, wsparciem, ręką, nogą, sercem, wytrychem, gdy dla dziecka jakieś drzwi zamknięte. Drogowskazem, gdy błądzi i przystanią ciepłą, kiedy trudy życia mu skrzydła podetną. Do kochania bez "ale", nieważne co było. Teraz już rozumiesz?

- Tak. Ja JESTEM miłość.


_______

Autorka: Karol, matka, która pojdzie do nieba, choćby i nawet nigdy nie została papieżem.


🇬🇧 And here in English:

https://karolinazurart.com/blog/f/mum-in-heaven?blogcategory=POETRY


niedziela, 27 kwietnia 2025

WIECZÓR Z SZATANEM




Było już późno. Dzień, który zostawiłam za sobą należał do tych, które sprawiają, że zaczynamy pytać samych siebie, po co do cholery w ogóle z tym życiem się szarpiemy...


Usiadłam na kuchennym krześle, otworzyłam wino. Ciężko dziś było, oj ciężko… Wsłuchałam się w puls miasta za oknem.

Pierwszy kieliszek wychyliłam haustem, a niech tam…


Nagle powietrze wokół zgęstniało. Już wiedziałam – to on.

Zawsze pojawiał się, gdy ziemia mi się trzęsła.

Przysiadł na drugim krześle, jakby był u siebie.

On wszędzie był u siebie, tak przynajmniej się zachowywał.

Posłał mi uśmiech numer siedem. W dłoni zabłysła mu szklanka whisky. Uniósł ją w geście toastu.


– Jak się dziś miewa moja dama? – rzucił swoim firmowym tonem, od którego robiło się człowiekowi cieplej wokół serca. – Coś nie w humorze, widzę…


– Nie tylko widzisz, ale i wiesz. Po co się głupio pytasz… – burknęłam mało uprzejmie.


Nie obraził się. Nigdy się nie obrażał.

Oparł się wygodnie i uśmiechnął leniwie.


– Dlaczego tu jesteś? – spytałam wprost. – Dlaczego zawsze przychodzisz, gdy mi naprawdę źle?


– Bo wtedy właśnie najbardziej potrzebujesz towarzystwa – odparł po prostu.

– Jesteś ostatnią osobą…

– Tylko nie osobą… – uniósł palec wskazujący. – I nie zapieraj się tak. Jestem zawsze, gdy zaczynacie zadawać sobie pytania, na które nikt nie chce odpowiedzieć. Te o sens. O cel. O was samych.


– Ale ty nie przychodzisz, by na nie odpowiedzieć. Ty przychodzisz, by zasiać zamęt – spojrzałam mu prosto w czarne tęczówki.


Wzruszył ramionami nonszalancko.


– Bo to są najciekawsze momenty – nachylił się lekko, spojrzenie błysnęło przewrotnie. – A ja lubię pytać.


– Chaos lubisz. Jesteś mistrzem chaosu… – upiłam łyk wina.


– A ty już nie bądź taka pokojowo nastawiona. Widziałem cię w akcji nie raz, nie udawaj, żeś taka święta… – odparował.


– Na pewno bardziej od ciebie – bąknęłam w kieliszek.


Usłyszał. Zawsze wszystko słyszał.


– No i tu się mylisz. Ja jestem… to znaczy byłem jednym z najwyższych aniołów. Cherubem byłem…


– …byłem, ale się upodliłem… – zakpiłam.


– Ty zawsze tak poniżej pasa? – skrzywił się.


– Nie zawsze. Ale dziś nie jestem w najlepszym nastroju, a ty przyszedłeś mnie chyba tylko dobić…


– O, nie, nie – zaśmiał się. – Ja was, ludzi, dobijać nie muszę. Z tym to sami sobie doskonale radzicie. To nie moja działka.


– To po co jesteś? Jaka ta twoja działka? – wstałam, by dolać sobie wina.


– Jestem Lucyfer. Ten, który niesie światło – powiedział tak jakoś cicho, ale gdy to mówił, oczy zabłysnęły mu przedziwnym blaskiem.

Na ułamek sekundy dosłownie, lecz błysk ten odbił się w moim kieliszku, gdy ponownie usiadłam przy stole.


– Znam oficjalne definicje – westchnęłam zirytowana. – Wiesz, ile razy zadałam ci to pytanie? Nigdy nie odpowiedziałeś wprost.

Zastanawiałeś się kiedyś, czemu cię nie zabił? Wiesz… gdy się zbuntowałeś? Odwróciłeś od Niego?


Milczał przez dłuższą chwilę, jakby trawił coś ciężkiego do strawienia. Wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt. Nie lubił o tym rozmawiać. Gdy jednak ponownie na mnie spojrzał, w jego oczach znowu czaiły się figlarne i cyniczne błyski.


– Chcesz wiedzieć, to ci powiem – spojrzał na mój znowu pusty kieliszek, a ten napełnił się winem.

Obok pojawiła się moja ulubiona czekolada. Owszem, wiedział, jak mnie wodzić na pokuszenie.


– Jestem, bo Tata nie unicestwia żadnego z bytów, które powołał, jeśli mają cel i pełnią konkretną rolę. Jestem mu potrzebny.


— Tak? — uniosłam kącik ust w kpiącym uśmiechu.


— Tak — on też się uśmiechnął, nieco kwaśno. — Ktoś musi być kontrapunktem.

Ktoś musi mówić: sprawdź, kiedy wszyscy krzyczą: po prostu wierz. Ktoś musi przypominać człowiekowi, że dostał na starcie rozum i wolną wolę. Ja pokazuję opcje, by człowiek, kierując się rozumem, mógł wybrać.

Jego wybory mówią o nim wszystko.

Definiują, kim jest i gdzie przynależy.

Wolna wola. Wybór…

Wiesz, Tata nie chce być kochany, bo tak trzeba, albo dlatego, że człowiek boi się postąpić inaczej. On chce być świadomie wybrany spośród wszystkich innych możliwości, jakie stworzył.

Tylko wolny umysł może naprawdę kochać.

Chyba się ze mną zgodzisz…


— No przecież się z tobą nie kłócę — puściłam do niego oczko.


— Czyli, że tak uściślę: twoja rola to pomaganie Bogu, by zobaczył, kto naprawdę go kocha — rzuciłam nieco sceptycznie.


— Nie. On to wie.


— A nam od dziecka wmawiają, że ty jesteś tutaj po to, by nas kusić. By nas przeciągnąć na swoją stronę i zdobyć nasze dusze, byśmy zostali na wieczność potępieni — wyrecytowałam.


— A na co mi one… — machnął ręką.


— Na jajco — przewróciłam oczami. — Ciężko się z tobą czasem rozmawia, wiesz?


— Dlaczego? To ty cytujesz z jednej książki, oczekując, że w ten sposób cokolwiek zrozumiesz — odparował.

— Ja nie mam na celu nazbierania sobie jak największej ilości ludzkich dusz.

Ja nie chcę ich mieć. Nie chcę ich też zniszczyć, bo to w zasadzie niemożliwe. Dusza jest wieczna, niezniszczalna.


— To i o co ci chodzi? — rozumiałam z tego coraz mniej.


— O rację — odparł i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— O to, że zawsze miałem rację.

O to, że gdy się buntowałem przeciw Tacie i jego pomysłom, by obdarzyć istotę tak marną, że zwyczajny komar może ją skończyć, czy bakteria… by kogoś takiego wyposażyć w światło wieczne? Duszę, która jest Jego tchnieniem? Tym samym, które tworzyło światy? By dać to wam, a do tego dołożyć wolny wybór? Byście mogli niszczyć wszystko to, co wam podarował? A my, aniołowie, mieliśmy komuś takiemu służyć?!

No powiedz, że widzisz w tym jakikolwiek sens!

Non serviam! — pacnął dłonią w blat stołu.


Przestrzeń wokół mnie stężała.

Wypełniła się zapachem ozonu.

Zawsze tak pachniało, gdy się denerwował.


— Wybacz. Poniosło mnie — opanował się równie szybko, jak zagotował.

Ujął moją dłoń i ucałował. Miał maniery.


— Nie ma problemu. Znam twoje poglądy — tym razem to ja posłałam mu oczko.

— Czyli co… twój młodzieńczy bunt przeciw Ojcu przeciągnął ci się na wieczność? — wbiłam szpilę.


Spojrzał na mnie brzydko, ale zignorował przytyk.


— Wciąż pełnię tę samą rolę — kontynuował, jak gdyby nigdy nic. — Jestem specem od oświetlenia.


— Ta… elektryk się znalazł… — zakpiłam ponownie, bo rozbawił mnie tym stwierdzeniem.


— Bardzo zabawne — postukał się w czoło. — Ja światów nie stwarzam. Ja je tylko… oświetlam. Pokazuję perspektywę.

Bo widzisz, wszystko, co istnieje, może być postrzegane co najmniej na dwa sposoby: ten pozytywny i ten negatywny.

Dziecko zawaliło pół kuchni, próbując coś ugotować? Można spojrzeć na to z dumą – że próbuje, że chce się uczyć. Można pomóc posprzątać, pochwalić.

A można skupić się na bałaganie i założyć, że nie przyłożyło się jak trzeba, i ukarać.

Mama zapomniała o naszym koncercie? Można uznać, że była zapracowana, zmęczona, pomyliła daty. Ale na pewno nas kocha.

A można pomyśleć, że ma nas gdzieś. Że wszystko inne było dla niej ważniejsze.


Bo wiesz, ja zawsze zapytam: czy na pewno?


Wszystko ma co najmniej dwie strony.

A ja sobie siedzę gdzieś pomiędzy i dyryguję tą orkiestrą głupców.

Przedstawiam rzeczy i sprawy w odmiennym świetle, by człowiek sam zobaczył, co w nim siedzi. Oświetlam takie miejsca w ludzkiej duszy, które chciałby zostawić nieodkryte.

Wyciągam spod dywanu to, co tam sobie skrzętnie schował. Tylko tyle – i aż tyle.

To wystarczy, by zaczął kwestionować siebie, swoją wartość, to, czy jest w ogóle warty miłości, warty czegokolwiek…

By zaczął odchodzić dalej i dalej od Stwórcy, który jest pewnością. Początkiem i końcem wszystkiego. Mocą stwórczą i energią życia.

A gdy odejdzie się od Niego wystarczająco daleko, by przestać słyszeć Jego głos, wtedy słyszy… mój.


— Oj tak… — westchnęłam.


— Tata zawsze miał swoją wizję.

Ja z kolei zawsze miałem mnóstwo pytań i tak mi zostało. Lubię kwestionować. A ludzie?

Ludzie naprawdę nie są trudni do sterowania.

Orkiestra głupców…


— I znowu nas obrażasz…


— No nie mam do waszej rasy zbyt wiele szacunku, co ci będę kłamał…


— A akurat w tym także jesteś podobno mistrzem — wytknęłam.


— Mistrzem kłamstwa? — przysięgłabym, że usłyszałam w jego tonie politowanie.

— Ja nie kłamię. Nigdy. Nie muszę.

Wiesz, co wystarczy człowiekowi, by sam siebie oszukał, by się stoczył?

By sam siebie wykończył?

Zniszczył to, co budował?


— Co takiego?


— Wątpliwość.

To od niej zaczyna się wszystko, co odciąga człowieka od Boga.

Ja nie niosę zła. Macie je w sobie.

Zło rodzi się w waszych cichych kompromisach. W rzeczach, które robicie z przymrużeniem oka. Albo w imię większego dobra. Ja was nawet nie muszę kusić.

Ja tylko pytam: jesteś pewien?

Na pewno tego chcesz?

Na pewno potrafisz?

Na pewno cię kocha?

Na pewno nie zdradza?

Czy warto?


Wątpliwość wystarczy, byście walnęli głową w ścianę z własnego strachu, niepewności i zaczęli niszczyć siebie, tych, których kochacie, i swoje własne projekty życia.


— No… coś w tym jest — musiałam przyznać.


— Oj, jest — zachichotał. — A pamiętasz pramatkę? Słynną Ewę i jej wpadkę?


— No chyba wszyscy tę historię znamy…


— Właśnie. Wtedy pokazałem Tacie, jak niedoskonały jest człowiek. Jak chwiejna jest jego miłość, wierność i posłuszeństwo.

Drzewo poznania – wiedziała, że nie wolno jej z niego jeść. Zasada była jasna jak słońce.

Ja tylko spytałem: a czy na pewno?

Tyle wystarczyło, by zaczęła kwestionować siebie i samego Boga. Potem już poszło…


Uśmiechnął się z zadowoleniem i upił duży łyk whisky.


— Ja również jestem człowiekiem. Duszą wieczną obleczoną w ciało. Istotą, której tak nie znosisz.

Czemu więc w ogóle mnie odwiedzasz? Po co ze mną rozmawiasz?

Myślisz, że mojego ducha również odetniesz? — uniosłam brwi kpiąco.


— Widzisz… — spojrzał na mnie spod oka. —

Z wami, wiedźmami, sprawy się mają nieco inaczej. Wasze dusze są w Nim świadomie ukorzenione. Związane mocno z Jego energią.

Owszem, błądzicie, czasem odchodzicie, ale nigdy na długo i nie na tyle daleko, by stracić to połączenie. Wy nie szukacie planu B, bo wiecie, że to nie ma sensu.

Wy Nim pulsujecie. Jesteście mocno sprzęgnięte z wszystkim, co powołał do życia.

Intencjonalnie operujecie tą energią.

Wiecie, że jesteście częścią większej sieci, całości zintegrowanej w sposób tak genialny, że aż boski.

Tylko On tak potrafi.


— Mówisz o Nim tak pięknie, że ktoś mógłby pomyśleć, że nadal Go kochasz… — wyrwało mi się.


Lucyfer zaśmiał się smutno.


— Nigdy nie przestałem. Przecież ja również jestem z Nim połączony. Od eonów i na wieczność — odparł szczerze.


— No to dlaczego nie spróbujesz z Nim pogadać? Wytłumaczyć? Wrócić do Niego? — nie rozumiałam jego oślego uporu. Pokazał mi jednak, że ja, operując na poziomie ludzkim, mało rozumiem boski.


— Przecież ja nigdy od Niego nie odszedłem — prychnął rozbawiony.


— No ale napisane było wyraźnie, że strącił cię do otchłani! Więc jak to?


— Tak to. Nie strącił mnie do żadnej otchłani.

Zdjął mnie z piedestału i wysłał między was, istoty, którymi pogardzałem. Bym nauczył się was i zrozumiał na tyle, by pełnić moją funkcję.


— Księcia ciemności, pana piekieł… — podpowiedziałam, czym znowu go rozbawiłam.


— On jest, który jest. Ja także jestem, który jestem. Rozumiesz?


— Ani trochę…


— Szatan. Śātān. Przeciwnik. To nie imię, to funkcja. Chciałem być Nim. Nie rozumiałem, że nie mogę być Nim, bo wszystko, co istnieje – ja też – jest Jego częścią. A próbowałem ten porządek zburzyć. Dlatego kazał mi się sprzeciwiać. Na wieki…


Spojrzał na mnie, a smutek w jego czarnych oczach był głębszy niż najgłębsza otchłań piekielna.


Wstał.

Zapiął guziki swojej koszuli.

Każdy jego ruch był tak płynny, że wyglądał jak choreografia.


— Dlatego tu jestem — dodał. — Żeby zapalić wszystkie światła i zostawić cię na rozdrożu. Wybór należy do ciebie. Zawsze do ciebie…


Odwrócił się, zmierzając ku wyjściu.

Zatrzymał się jednak w pół kroku, jakby przypomniał sobie coś istotnego.


— Pamiętaj — rzucił przez ramię. —

Prawdziwe piekło to nie miejsce.

To stan, w którym zdajesz sobie sprawę, że sama wybrałaś drogę, od której nie ma już powrotu.

Stan, w którym nie ma już wyboru.

Piekło nosisz w sobie.

I to wyłącznie kwestia twojej decyzji, czy je aktywujesz, czy też nie.

Ja swoje aktywowałem…


I zniknął.

Jak cień, który nigdy nie powinien mieć imienia.


A ja siedziałam w półmroku, z pełnym kieliszkiem i głową pełną myśli.


— Błogosławieni cisi, którzy nie zadają pytań, jeśli nie są gotowi na to, by unieść odpowiedzi… — szepnęłam w przestrzeń.

Po czym odezwałam się do Szefa na Górze:

— Zabrałeś mu prawo powrotu i wyboru, a nam nie… choć my, ludzie, potrafimy wybierać najgłupiej, jak tylko się da, i Ciebie porzucić.

To dopiero jest miłość… — pokręciłam głową z niedowierzaniem.

— Błogosławieni ci, którzy mają wybór…


 🇬🇧In English /po angielsku:

https://karolinazurart.com/blog/f/an-evening-with-satan

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...