A gdybyś tak w jakiś przedziwny sposób rzucony został nagle w miejsce, którego nie znasz? W kulturę Ci obcą, w świat kompletnie innych wierzeń i obyczajów? Kolorów, smaków i racji? Kim byś był? Gdybyś nagle musiał przestać korzystać z tego co Ci o Tobie mówiono bez przerwy, od pierwszych chwil? Co tak naprawdę wiesz? Co Ci wpajano w danej rodzinie, w danym domu, w szkole, w kościele, w danym społeczeństwie, w kraju — o tym, jak trzeba żyć, myśleć, jeść, postępować, wierzyć? Co robić? W jakiej kolejności? Czego nie robić?
Gdyby się nagle okazało, że teraz, w tym nowym świecie, jesteś sam i musisz zbudować siebie od nowa, to kim byś był? Ile przyzwyczajeń byś musiał zauważyć? Ile przekonań, które nie są Twoje, ale wyuczone? Jak długo byś musiał kopać w swoim umyśle, by dotrzeć do tego, czego tak naprawdę chcesz, a do czego po prostu przywykłeś i robisz to automatycznie, od lat? Ile społecznych/rodzinnych norm i oczekiwań byś z siebie strząsnął, by poczuć, że wreszcie robisz tak, jak Ty czujesz? Ile rzeczy odrzuciłbyś w kąt, gdybyś wiedział, że i tak nikt nie patrzy, nikt nie oceni, nikt nie obgada?
Kim byś był? Czegoś byś chciał spróbować? Bez udawania. Bez strachu, że obśmieją. Bez masek społecznych. Bez tych wszystkich ról, które na siebie zakładamy codziennie z rana przed wyjściem z domu?
Gotowałbyś rosół co niedzielę, gydbyś musiał zjadać go sam, bo wszyscy wokół by jedli co innego? A może byś go gotował w środę? Albo wcale? Jeździłbyś drogim samochodem, gdyby inni mieli w dupie to, czym jeździsz, bo sami by preferowali chodzenie? Mierzyłbyś ciuchy przed lustrem? Czy aby brzuch nie odstaje? Dekolt aby nie za głęboki? Kolory czy aby niezbyt krzykliwe, kurtka dobrze dobrana do butów, gdyby wokół Ciebie ludzie chodzili w ubraniu zrobionym z kawałka bawełny przewiązanym sznurkiem? Metka by się wciąż liczyła, gdyby nikt wokół nie rozumiał co to Chanel czy Gucci?
Byłbyś czynnym, świadomym, słynącym ze swych żelaznych przekonań prawicowcem czy lewicowcem, wiedząc, że to i tak nie ma znaczenia w tej społeczności? Ubierałbyś choinkę na święta? Święcił wielkanocny koszyk? Przebierał się na Halloween? Nienawidziłbyś do bólu inności? Lałbyś po mordzie białych, czerwonych czy może czarnych? Odprawiałbyś swoje własne nabożeństwa w obrządku, którego obecnie jesteś częścią? Ważne by dla Ciebie były tradycje, w których obecnie uczestniczyć, bo inni tak robią? Absolutnie sam dla siebie? W co byś wierzył? Jak byś wierzył? Chodziłbyś do kościoła w niedzielę i święta, gdyby nikogo to nie obchodziło, czy to robisz? Gdyby nikt Cię palcem nie pokazał, nie obgadał, nie wykluczył Cię?
Jak byś się wtedy nazywał?
Jaki byś był?
Z czego byś słynął?
W czym byś był najlepszy?
Czego byś się chciał nauczyć?
Gdyby Cię odarto z etykiet, metek, nazw, miejsc Ci należnych lub niedostępnych, przydziałów, grup, hierarchii? Imion, kont, numerów, dat, funkcji?
Gdyby się okazało, że masz przy sobie tylko tyle, ile zabrałeś w sercu? Tylko tyle, ile nosisz w środku?
Gdybyś został sprowadzony właśnie do tego — rdzenia swojej istoty?
Gdybyś zauważył, jak wiele słów produkujesz o tym, co dla Ciebie ważne, zamiast to po prostu robić i robić to często? Kogo więc chcesz przekonać, że to ważne, skoro to ważne?
Gdybyś spojrzał, jak mocno codziennie się pocisz, pracując na siwe włosy, ból w plecach i zawał, by mieć to, czym się jedynie obudowujesz, bo inni też to mają, a możesz być szczęśliwy i bez tego?
Gdybyś widział, ile gestów wykonujesz, by pokazać innym, gdzie przynależysz? Ile warstw zakładasz, by było jasne, ile posiadasz?
Gdybyś wiedział, jak się gimnastykujesz, by się dostosować do tego, co i tak przeminie, zmieni się i trzeba się będzie dostosowywać na nowo? Gdybyś rozumiał, że wiara to to co zostaje w środku, gdy na zewnątrz wszystko znika i się zmienia i już nic nie widać, nic nie jest jasne, więc trzeba… wierzyć?
Jak byś siebie określił, gdyby mieszkańcy tego nowego miejsca byli każdy innego koloru? Białym? Czarnym? Mieszanym? Byłbyś Europejczykiem? Przecież by im to niczego nie powiedziało. Socjalistą? Demokratą? Narodowcem? Przecież musiałbyś im to rozrysować i się porządnie rękami namachać, by mogli Cię poprzez to określić... a być może i tak by tego nie rozumieli. Chrześcijaninem? Muzułmaninem? Żydem? I co byś musiał powiedzieć, żeby komuś wytłumaczyć, czemu ta nazwa i jest dla Ciebie istotna? Musiałbyś raczej pokazać, co to znaczy w praktyce wierzyć w taki sposób... i dlaczego warto. Czemu to w ogóle ma sens. Co byś więc pokazał?
Człowieku szeroko pojęty, taki jak Ty, taki jak ja — gdybyś został rzucony w miejsce, w którym nikt, ale to nikt nie przykłada do Ciebie żadnej miarki i metki, to powiedziałbyś, że jesteś…?
Polakiem na przykład? Jeśli urodzenie w danym kraju miałoby definiować tożsamość, to dziecko urodzone w Polsce, a wychowane od niemowlęctwa w amerykańskiej rodzinie, musiałoby pozostać „Polakiem” w sensie rzeczywistym, mimo że myśli, mówi i funkcjonuje jak Amerykanin.
Granice państw zmieniały się wielokrotnie, a ludność wszelkich terenów była historycznie mieszanką różnych plemion, kultur i religii, więc „narodowość” okazuje się zmienną konstrukcją, nie stałą właściwością człowieka. W tym sensie to, co nazywa się „walką o Polskę, Francję, Anglię”, jest w rzeczywistości walką o… wolność. O możliwość wyboru. Utrzymanie jakiejś stałej. By nikt z zewnątrz nie narzucał języka, prawa, religii i sposobu życia. Miejsce urodzenia nie określa tego, kim ktoś jest. Mówi jedynie o przynależności administracyjnej i kulturowej. Są ludzie, którzy czują się mocno związani z danym krajem. Inni wcale. Więc kim są?
Albo powiesz, że masz na imię Jan? Niekoniecznie. Nie wybrałeś tego imienia. Nazwa ta została Ci przydzielona. By dało się Ciebie zidentyfikować i skatalogować w księgach parafialnych i urzędowych. Istnieje prawdopodobieństwo, że nawet nie lubisz swojego imienia. Wymyślasz sobie ksywy, skracasz, zdrabniasz. Imię nie jest częścią tożsamości, lecz arbitralnym znakiem nadanym z zewnątrz — gdyby przy urodzeniu przypisano Ci inne, reagowałabyś na inne słowo bez zmiany tego, kim jesteś. Mógłbyś być Markiem. Zmieniłoby to to co kochaś robić? W co wierzysz?
Że jesteś Kowalski? Przynależność do rodu i nazwisko są konstruktem społecznym, efektem okoliczności. Jak się urodzisz w rodzinie Kowalskich i nie zostaniesz adoptowany, to będziesz Kowalski. Ale co jak adoptują Braunowie? Będziesz Braun. Będzie częścią innego rodu. I to też nie mówi niczego głębszego o tym, kim jesteś.
Nawet płeć. Kobietą jestem — krzykniesz. Mężczyzną przecież — rzucisz oburzony, gdy ktoś Ci zada głupie pytanie. Płeć jednak jest właściwością ciała, ale nie definiuje całości osoby, bo jej kryteria są rozproszone (chromosomy, hormony, rozwój) i nie redukują się do jednego elementu, a człowiek zachowuje ciągłość tożsamości mimo zmian w ciele. Bo jak Ci jajniki wytną, to już kimś innym jesteś? A jak jądra usuną, to wtedy co? A co jeśli byś znalazł się w miejscu, gdzie to mężczyźni rodzą dzieci, trzymają je przy sobie przez pierwszy rok życia, karmią piersią, a kobiety na przykład wykonują najcięższe fizycznie zawody, albo oznaczają teren moczem? Brzmi absurdalnie, co? Ale teraz pomyśl, że trafiasz w takie miejsce, z zestawem narządów sugerujących płeć biologiczną. Do czego byś się bardziej odwołał? To swojej biologii? Czy wyuczonych przez wieki funkcji społecznych, przypisanych w danym społeczeństwie danej płci?
W tym samym sensie język, kultura, religia, zawód, status społeczny czy role, które pełnimy, są nabyte i zmienne — można je zmienić lub utracić, pozostając sobą— więc jeśli coś może ulec zmianie bez zerwania ciągłości „ja”, to nie stanowi jego istoty, a jedynie warstwę, z którą się UTOŻSAMIAMY żeby…
Żeby nie zwariować.
By przynależeć.
By nie odstawać.
By jakoś funkcjonować tam, gdzie nas akurat życie rzuciło.
By… przetrwać.
Dlaczego? Biologia odpowiada wprost: to, co inne, jest atakowane. Taki atawizm. Zmiana lub nowość lub inność = potencjalne niebezpieczeństwo = trzeba tego nie lubić i unikać lub walić w to kijem.
Wyobraź więc sobie, że możesz być sobą. Takim w 100%. Robić tylko to, co uważasz w sercu za słuszne dla Ciebie. Wiedziałbyś, kim być? Jakim być? Ile z rzeczy, które robisz, przestałbyś robić? Kim byś był? Jak byś się nazywał?
Kim ja bym była?
Bo piszę ten tekst z perspektywy nieoceniającej. Mojej własnej. Zadając sobie te wszystkie pytania w duchu.
Kim jestem, gdy się mnie wyrwie z kontekstu? Gdy nikt nie patrzy? Nie słucha? Nie ocenia? Jaka jestem i co z tego jest tak naprawdę jest moje, a co wyuczone, by przerwać, by wyglądać, by się dostosować, by nie odstawać poza bezpieczne granice?
Trenuję sobie. Obserwuję siebie, gdy jestem w domu sama i nikt nie komentuje. Co wtedy robię inaczej. Patrzę na swoje myśli. Co myślę o czymś, o kim i co z tego mówię głośno a co nie… i dlaczego.
A Ty? Kim byś był?
——————
🇬🇧 In English: https://karolinazurart.com/welcome/f/me-before%E2%80%A6-me