sobota, 29 listopada 2025

O MAGNESACH, GADUŁACH I SYSTEMIE OPERACYJNYM




Nie jesteśmy ciałem, które ma duszę. Jesteśmy duszą, która ma ciało.


Wybrała je sobie, bo tylko w taki sposób, wchodząc w materię, może funkcjonować w świecie materialnym. Musi mieć punkt zaczepienia.


Można powiedzieć w dużym uproszczeniu, że dusza przyczepiona jest do ciała na magnesy. Ależ ależ — ja wiem, jak to brzmi! Ale nie, jeszcze nie bredzę. Tłumaczę. Każde uderzenie serca to impuls elektryczny, który wytwarza silne pole magnetyczne — najsilniejsze w całym organizmie, mierzalne w magnetokardiografii kilka centymetrów poza skórą. Badania HeartMath pokazują nawet, że pole serca synchronizuje się z polami innych ludzi w pobliżu. Mózg robi to samo, tylko w bardziej skomplikowanym rytmie — to dokładnie rejestruje EEG. Razem tworzą coś, co fizyka nazywa dynamicznym polem elektromagnetycznym człowieka. Spirytystyka mówi tu o „aurze” lub „energii” człowieka. Dwie nazwy, jedno zjawisko, które utrzymuje duszę w cielesnych ryzach.


Można to sobie wyobrazić tak: ciało to magnes, który wytwarza pole, a dusza — to subtelna struktura energii, która w tym polu może się zakotwiczyć. Nie przykleja się do mięśni czy organów. Ona trzyma się pola magnetycznego, a pole trzyma się ciała, bo przez nie jest generowane. Proste? Dla mnie kiedyś brzmiało jak bajdurzenie żula Mariana po kilku głębszych. Teraz już nie brzmi.


Pora na rusztowanie. W ciele mamy dwa kręgosłupy. Ten materialny oraz ten energetyczny. Czakry to nie magiczne kolorowe wiry, tylko właśnie ten energetyczny kręgosłup. W duchowości — centra energii. W biologii — miejsca, gdzie skupia się układ nerwowy i hormonalny: splot krzyżowy, lędźwiowy, trzewny (czyli największe centrum nerwowe po mózgu), grasica, tarczyca, szyszynka. Dwie narracje opisujące tę samą mapę.


Gdy czakra pracuje prawidłowo — sygnał jest czysty. Dusza „słyszy” ciało, ciało „słyszy” duszę. Odbierają się nawzajem. Gdy czakra jest zaburzona, zamknięta — sygnał się rwie. Ciało reaguje bólem, stanem zapalnym lub napięciem, dusza — dezorientacją, brakiem kierunku, poczuciem odłączenia. Jesteśmy w tak zwanej dupie. Biologia mówi na to: rozregulowana oś HPA, niski ton nerwu błędnego, chaos między układem współczulnym a przywspółczulnym. Efekt identyczny.


Czakry więc i ich stan decydują o jakości kontaktu między duszą a biologią ludzkiego ciała. Dusza znów również wpływa na czakry, bo to przez nie kieruje energią, intencją i emocją.


To tak w ramach fizjologii duchowej. Ale do rzeczy, bo ja to wszystko tłumaczę po coś.


A teraz to coś. Uświadomienie sobie, że tak naprawdę jesteśmy głównie duszą, a nie ciałem — zmienia wszystko (a przynajmniej powinno). Szkopuł w tym, że strasznie ciężko to zrobić, bo tutaj — na ziemi, po której wszak twardo trzeba stąpać — odczuwamy prymarnie ciało i jego odgłosy, odruchy i potrzeby. Dusza funkcjonuje jako coś abstrakcyjnego, drugoplanowego, na czym trzeba się skupić może raz w tygodniu. W niedzielę. Potem wracamy w nasz regularny rytm zachowań skoncentrowanych wokół ciała właśnie.


By to zmienić — by zrozumieć, że jesteśmy istotą duchową, która jedynie ubrała się w ciało, aby dokonać tego, co ma do zrobienia na ziemi, trzeba czakry otworzyć, oczyścić. Potem mózg zakneblować, ciało przesunąć na drugi plan i w końcu myśli wyłączyć.


I tutaj pojawiają się schody, ponieważ podstawowym zadaniem mózgu jest utrzymanie nas przy życiu. Co za tym idzie, ciężko mózg uciszyć. On będzie gadał, mielił, analizował, przypominał, oceniał, drążył, ostrzegał, podsuwał obrazy, wypełniał luki, zakłamywał wspomnienia i już. Z perspektywy neuronauki to właśnie aktywność tzw. domyślnego trybu pracy mózgu — DMN — który generuje strumień myśli, żeby przewidywać zagrożenia. To jego praca, nie wada charakteru. Sam się nie zamknie. Trzeba mu w tym pomóc.


Medytacją na przykład (a tej tyle rodzajów, ilu ludzi, którzy ją praktykują). Medytacja to nie jakieś duchowe kokodżambo dla nawiedzonych (bo takie opinie też słyszałam). To stopniowe wyciszanie umysłu, skupienie się na ciele, a wreszcie odłączenie od niego. Badania fMRI pokazują, że medytacja uspokaja DMN, wzmacnia korę przedczołową i harmonizuje fale mózgowe. W języku duchowym: przechodzimy do nadświadomości, czyli — nazwijmy to prosto — do kontaktu z duszą.


Pomagają czasami wstrząsy — choroby, wypadki, utrata bliskich. Sytuacje zwane granicznymi, bo po ich doświadczeniu już nic nie jest takie samo. Są granicą pomiędzy starymi i nowymi wersjami nas samych. Psychologia nazywa to post-traumatic growth — gwałtowną reorganizacją mózgu po traumie, która zmienia priorytety i sposób widzenia życia. Duchowość mówi: dusza się budzi.


To są też momenty samo-irytacji, kiedy mówimy: „Sam już ze sobą nie mogę wytrzymać”.

Sam ze sobą, czyli kto z kim? Nasz duch z naszym ciałem, rządzonym tą gadułą — umysłem. Wtedy otrzymujemy informację jak na tacy: nadświadomość (dusza) nie zgadza się z tym, co robi ciało, w którym mieszka. Co gada mózg, jakie reakcje wywołuje to w ciele, jakie ma człowiek nawyki, jakie błędy powtarza, czego ciągle nie widzi. Stres, strach, niepokój, rozdrażnienie, przerażenie, a nawet wymioty i inne sraki.


Wtedy dochodzimy do konkluzji następującej: ok. Jesteśmy duszą. Jesteśmy tutaj po coś, inaczej siedzielibyśmy sobie wygodnie w świecie duchowym, zamiast się tu szarpać.

Ale! Jeśli skupimy się wyłącznie na ciele, jest takie ryzyko, że nie dojdziemy do tego, kim jesteśmy i PO CO tutaj jesteśmy.


Pozwolimy, by umysł nas rozpraszał — a że będzie to robił, to gwarantowane. On po to jest. Będzie narzucał nam się ze swoim analizowaniem przeszłości, planowaniem przyszłości, stresowaniem się nią. Nigdy tak naprawdę nie będziemy przeżywać świadomie momentu teraźniejszego.

A co za tym idzie — będziemy się miotać.


Przykład: to tak jakbyśmy przyszli do nowej firmy, ale rozmyślali o tym, co robiliśmy w starej. Ewentualnie o tym, co może pójść nie tak tutaj, bo w poprzedniej szło źle. Nigdy nie zrozumiemy, po co w tej nowej firmie jesteśmy. Jaki zakres obowiązków mamy, jakie umiejętności musimy opanować. Prawda?


A dusza? Nie krzyczy. Jest zbyt stara i zbyt mądra, by się drzeć. Czeka. Ma czas. Jest przecież wieczna. Nauka pokazuje, że stany głębokiej intuicji to synchronizacja fal gamma — subtelnych, cichych, ale wyjątkowo spójnych. Duchowość mówi: głos duszy. Biologia: zsynchronizowane obwody mózgowe w momentach wysokiej świadomości. Jedno i to samo, inne słowa.


Dla duszy jeśli nie to wcielenie, to inne. Ale na logikę— lepiej zrobić to, po co się przyszło szybciej niż później, żeby po powrocie do domu (w świat duchowy) duch nie musiał się pacnąć w czoło, że znów wcielenie zawalone. Że trzeba się wcielić jeszcze raz, bo inaczej duchowa stagnacja i nuda na tym samym poziomie i to na wieki, niczym w grze komputerowej — ta sama plansza. Toteż może dusza nam szepnie: „a weź się w końcu, kierwa, skup człowieku, żebyśmy tej samej lekcji nie musieli przerabiać do usmarkania”. W przeciwnym razie będzie trzeba tu wrócić i zacząć raz jeszcze, i raz jeszcze, i jeszcze raz… Tak, aby w końcu można było przejść poziom wyżej, gdzie są już inne zadania. Inne wcielenia. Inne wyzwania. 


Zamiast więc miotać się jak kura bez głowy, obijając się o wspomnienia, przypuszczenia i strachy, skupmy się czasami na duszy. Tylko ona przecież wie, po co do cholery ten cały cyrk zwany życiem…


Nie. Nie jesteśmy ciałem.


_______

In English 🇬🇧

https://karolinazurart.com/blog/f/a-treatise-on-magnets-soul-chatty-brains-and-operating-systems


niedziela, 2 listopada 2025

POST MORTEM

 


Gdybym wiedziała że umrzesz

nie marnowałabym czasu 

na chmury między nami

Na ciężką ciszę po burzy ostrych słów.

Na szukanie dziur w całym i pogoń za tym, 

by było lepiej. 

Słuchałabym więcej twojego głosu. 

Patrzyła dłużej na twoją twarz i ręce by nie umknęły z mojej pamięci. 


Gdybym widziała, że umrzesz 

to bym rozumiała, że póki jesteś, 

to już lepiej nie będzie. 

Nigdy i za żadną cenę. 

Nie trzeba reperować. 

Prasować skarpetek. 

Myć okien gdy czas na czas dla nas. Robić nadgodzin by więcej mieć a mniej być. 

Rozpamiętywać bez opamiętania 

i czas gubić na to, co tak głupie, że aż ludzkie. 


Gdybym wiedziała, że ciało - skafander na duszę niedoskonały -

Może się popsuć bez zapowiedzi, 

bez mojego przyzwolenia,

bez przygotowania

bez ostatniego „przepraszam” 

lub choćby uśmiechu -

Nie marnowałabym czasu. 

Byłabym z tobą tak mocno i na amen, 

by nam się żadna sekunda twojego bycia nie prześlizgnęła przez palce nieobecności 

… 


Bo ja kogoś nie ma, to już nie ma. 

Nie będzie. 

Owinięci w kokon bólu, rzucać możemy zaklęcia przesiąknięte bólem i łzami, rozpamiętywać i grzebać w obolałym sercu. 

Wiara nadzieja i miłość chwiać się nam będą w posadach, a my też się zachwiejemy pod ciężarem poczucia winy. 

Że nie wiedzieliśmy, zapomnieliśmy. 

Że mogliśmy. Że gdyby tylko… 


Gdybym tylko wiedziała że umiesz umrzeć …


______________

In English 🇬🇧

https://karolinazurart.com/blog/f/post-mortem?blogcategory=POETRY


czwartek, 7 sierpnia 2025

SKRZYDLATA

 


Jestem aniołem — gdziekolwiek mnie poniesie.

Podnoszę tych, których nie dźwignie przecież

nikt o zdrowych zmysłach, 

a ja wierzę i tak, że moja obecność może zmienić świat…


Że w mikrokosmosie czarnym od zmartwienia mogę być iskierką,

momentem wytchnienia. 

Uchem co wysłucha, oczami co widzą, 

kimś kto sprawi, że ludzie ludźmi się być nie wstydzą. 


Martwić się — to nie sztuka, zwiesić ręce obie, rzec: 

“Mam swoje trudy i cudów nie zrobię”. 

Chodzić tak po świecie, pokazując wszystkim,

że tu ciężko, szaro, może koniec bliski,

rozsiewając krople energii, co dusi.

Owszem — być aniołem? Do tego nie zmusi

przecież żadna siła —

choćby nas bezsilność od środka kruszyła.


Bo są różni ludzie. Czasy grube, chude.

Lecz czy nie wiesz może, że TY jesteś cudem?

Możesz być, gdy zechcesz. Jeśli się wysilisz. Możesz zmienić czyjeś życie w jednej małej chwili… 

Bo wiesz, my to często ludzi omijamy. Udajemy, że nie wiemy, 

że nie dostrzegamy. 

Póki są — ich życie jakoś nam umyka. 

Budzimy się wtedy, gdy nam człowiek… znika.


Gdy ktoś nam odchodzi, wzrok nam się wyostrza. 

Każda chwila — pożegnaniem, każda czynność prosta, która wcześniej była nie do przeskoczenia. 

Teraz jakoś doceniamy zwykły sens istnienia. 

Zamieniamy się w miłość by nadrobić czas, kiedy ktoś był z nami, a nie było nas. 


Gdy ktoś jest i jest… już go nie widzimy.

Zamykamy serce, może się kłócimy

o ostatnie słowo, o rację z człowiekiem,

Płaczemy nad sobą i rozlanym mlekiem. 

Jakby jego obecność nie była prezentem . 

Dajemy niewiele, a żądamy więcej…


A racja? Smakuje ale krótko nieco.

Gniew wpada na chwilę, potem lata zlecą

nim człowiek poskleja to co gniewem zniszczył. 

Zemsta? Karmi ego. Siła? W duszy świszczy 

niczym wicher głupi, co nie wie, po co wieje, 

a zaburza ogląd. 

Czasem się szaleje od władzy nadmiaru, pieniędzy, czy sławy. 

Ale w duszy pusto, i przeszłości zjawy…


Znowu uśmiech wysłany w czyimś kierunku

najcenniejszym bywa z wszystkich podarunków. 

Bo uśmiech mówi: 

“Ja ciebie dostrzegam.

Widzę, że istniejesz”. 

I więcej nie trzeba 

by wyciągnąć kogoś z pustki, w której czuje, 

że chyba nie żyje, chociaż funkcjonuje. 

Że nikt go nie widzi, nikt już nie dba wcale. 

Więc ja się uśmiecham — zawsze i wytrwale. 


No i serca mam też więcej niż rozumu. 

Nie chce być częścią tłumu, który przechodzi 

i zakłada, że miłość się sama wydarzy 

— sama się sieje trawa.

Miłością trzeba… być. 

Aktywnie i na przekór 

wszystkiemu, co ucisza serce w nas. 

W człowieku.


Dlatego jestem aniołem gdziekolwiek mnie poniesie. Mam uśmiechów w zanadrzu więcej niż drzew w lesie. 

I kocham na wyrost, dbam na za chwilę.

Wszystkiego nie zrobię, ale zrobię tyle ile jestem w stanie…

Pytam gdy nikt nie pyta. 

Idę wszędzie tam, gdzie ci, co mieli kochać, narobili ran.

Sprzątam, reperuję i łez się nie wstydzę. 

Moja magia się zaczyna od słów: 

“Ja cię widzę”.


Dziś jestem aniołem — bo komuś brak siły,

bo czyjeś nadzieje znów się nie spełniły.

Więc bądź dzisiaj światłem — i nie licz na sny…

Może jutro anioła szukać będziesz… Ty?


🇬🇧In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-winged-one?blogcategory=POETRY



MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...