A tę maskę co miała ją chronić
zdejmowała codzień, po kolacji.
Kładła ją obok póz i pozorów
pełnych gracji.
Zakładała z rana aby nikt nie wiedział
jaka jest pod spodem. Że zwykła, że ludzka,
że ma lęki, limity, nie-chcenia, nadzieje,
i zmęczona dusza patrzy na nią z lustra.
Uczyła się jak znikać, gdy patrzą,
jak mówić głosem, który nic nie zdradza.
Więc kiedy przyszedł czas powiedzieć: „jestem” –
bała się, że swym byciem przeszkadza.
No bo i jak to? Że nagle być może?
Tak wprost? Bez wahania? Tak w twarz i tak w oczy?
Po wielu latach nie-bycia w cieniu—
Jak niby ma w to bycie nagle wskoczyć?
Powiedzieć co myśli? Wyrazić co czuje?
Tak się eksponować i tak ryzykować?
I być sobą? Czyli kim? A jak jej nie polubią?
Przecież ona sama nie wie jak zaakceptować
to że jest taka smutna. Czasami. Gdy boli
że dzień szary, bez wzlotów toczy się nie w tę stronę
O której marzyła, zanim zrozumiała,
jak grać dobrą córkę, matkę, siostrę, żonę…
Pokorną, wierzącą, skromną, pracowitą.
Tak poukładaną, że aż jednolitą.
W trybiki społeczne wkręconą do kości.
Pełną miłości. Litości. Nicości…
A uczucia? Marzenia? Potrzeby? Nadzieje?
I co jak odrzucą? Co gdy ktoś wyśmieje?
Co gdy runie z mozołem poskładana klatka?
Będzie goła? Wesoła? Bezdomna? Wariatka?
Więc tę maskę co miała ją chronić
Zdejmowała codzień, po kolacji.
Kładła ją obok póz i pozorów
Pełnych gracji…
__________________________
In English:
https://karolinazurart.com/blog/f/the-mask


