Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIERSZEM. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIERSZEM. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 maja 2026

MASKA



A tę maskę co miała ją chronić

zdejmowała codzień, po kolacji.

Kładła ją obok póz i pozorów

pełnych gracji.


Zakładała z rana aby nikt nie wiedział

jaka jest pod spodem. Że zwykła, że ludzka,

że ma lęki, limity, nie-chcenia, nadzieje,

i zmęczona dusza patrzy na nią z lustra. 


Uczyła się jak znikać, gdy patrzą,

jak mówić głosem, który nic nie zdradza.

Więc kiedy przyszedł czas powiedzieć: „jestem” –

bała się, że swym byciem przeszkadza.


No bo i jak to? Że nagle być może?

Tak wprost? Bez wahania? Tak w twarz i tak w oczy?

Po wielu latach nie-bycia w cieniu—

Jak niby ma w to bycie nagle wskoczyć?


Powiedzieć co myśli? Wyrazić co czuje?

Tak się eksponować i tak ryzykować?

I być sobą? Czyli kim? A jak jej nie polubią?

Przecież ona sama nie wie jak zaakceptować 


to że jest taka smutna. Czasami. Gdy boli

że dzień szary, bez wzlotów toczy się nie w tę stronę 

O której marzyła, zanim zrozumiała, 

jak grać dobrą córkę, matkę, siostrę, żonę…


Pokorną, wierzącą, skromną, pracowitą. 

Tak poukładaną, że aż jednolitą. 

W trybiki społeczne wkręconą do kości.

Pełną miłości. Litości. Nicości…


A uczucia? Marzenia? Potrzeby? Nadzieje?

I co jak odrzucą? Co gdy ktoś wyśmieje?

Co gdy runie z mozołem poskładana klatka?

Będzie goła? Wesoła? Bezdomna? Wariatka?


Więc tę maskę co miała ją chronić 

Zdejmowała codzień, po kolacji.

Kładła ją obok póz i pozorów

Pełnych gracji…

__________________________

In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-mask


niedziela, 22 marca 2026

PODRÓŻNIK NIEZIEMSKI


A kiedy przyjdę na świat raz jeszcze,

znowu zapomnę, po co tu jestem.

Przy porodzie krzyknę głośno, zdrowo,

utulą mnie jakieś obce ręce…


Przygarnie mnie do piersi matka nowa,

pierwsze znów zrobię chwiejne kroki,

pierwsze wypowiem niezdarne słowa —

nauczę się życia w duchu tej epoki.

Niby tylko dziecko, taki mały skrzat,

a wewnątrz dusza co ma i miliony lat…


Kolejny dzień wstanie. Ziemia się zakręci. 

Wszystko niby nowe, lecz nic się nie zmienia. 

I znowu aktorzy odgrywają role —

cykl światła i nocy. Śmierci — odrodzenia. 


Nieodrobione lekcje zaczekają na mnie

w zeszycie wcieleń, zapisane skrzętnie.

Znów się zakocham. Może znów odejdę.

Lub ktoś mnie zostawi i serce mi pęknie…


Potem się potknę o własne wybory,

żeby się nauczyć, jak się nie potykać.

Każdy błąd to nie błąd — ale chwila prawdy,

źródło wiedzy, mądrości, może i pokory…


I rzucę talerzem, i wypiję kawę.

Budzić się będę powoli — jak zwykle.

Tutaj coś zawalę, tam coś znów naprawię.

Czy kiedyś do tego procesu przywyknę? 


Ciągnąć mnie będzie w miejsca, których

podobno nigdy wcześniej nie poznałam.

Dziwna tęsknota poprowadzi cicho

tam, gdzie już byłam — ale zapomniałam.


Talenty moje, pasje z żyć poprzednich,

ujawniać się będą warstwa po warstwie,

jak wykopaliska na gruzach pamięci,

ślad dawnego życia w muzyce, malarstwie…


Więc nagle słowo jakieś mi zabrzmi znajomo.

I dźwięk poruszy w duchu coś sprzed urodzenia.

I czyjś obrazek, linia albo kolor

otworzy we mnie pole głębszego istnienia. 


Przypomnę sobie, że już tutaj byłam

lecz w innym czasie i innej przestrzeni —

— ramach, w które duszę na ziemi się wkłada,

kiedy schodzi tutaj, by status swój zmienić.


Bo ciało ludzkie jest tylko skafandrem.

Pozwala dotknąć tego, co cielesne.

Trzeba o nie zadbać, a potem je zrzucić,

gdy stanie się stare, zużyte, za ciasne.

Nie da się ciała zatrzymać na własność — 

to tylko pomost między wymiarami

by to co duchowe mogło doświadczać,

zmierzyć się z czysto ludzkimi wyzwaniami.


A ja już byłam. I znowu jestem.

Nigdy naprawdę być nie przestałam.

Choć po co, dlaczego — wciąż do końca nie wiem.

I w poprzednich życiach często nie wiedziałam…


Lecz jeśli jestem — to przecież po coś.

Wszechświat bezsensu przecież nie uznaje.

Misja przybiera kształty powoli,

gdy człowiek jej szukać na siłę przestaje.


Ja znowu przyjdę. Potem umrę znowu.

Setki razy wrócę, jeśli będzie trzeba,

by wyrzeźbić lepiej to ciało duchowe,

zostawić co nie służy, czego mi nie trzeba. 

To, co się miota, szarpie i ciąży,

i co przygniata, co odbiera spokój —

nie ten doczesny, kruchy, chwilowy,

lecz ten na zawsze, który nie zna mroku.


Więc kiedy przyjdę na świat raz jeszcze,

utulą mnie jakieś inne ręce.

Otworzę oczy na świat niby nowy, 

zabije we mnie moje nowe serce. 

I będę wiedzieć, gdzieś tam pod skórą,

nową powłoką, językiem, imieniem,

że znów wróciłam. Wracać będę często,

póki w lepszą wersję siebie się nie zmienię…

————-

In English ⬇️⬇️⬇️

https://karolinazurart.com/welcome/f/the-unearthly-traveler



niedziela, 2 listopada 2025

POST MORTEM

 


Gdybym wiedziała że umrzesz

nie marnowałabym czasu 

na chmury między nami

Na ciężką ciszę po burzy ostrych słów.

Na szukanie dziur w całym i pogoń za tym, 

by było lepiej. 

Słuchałabym więcej twojego głosu. 

Patrzyła dłużej na twoją twarz i ręce by nie umknęły z mojej pamięci. 


Gdybym widziała, że umrzesz 

to bym rozumiała, że póki jesteś, 

to już lepiej nie będzie. 

Nigdy i za żadną cenę. 

Nie trzeba reperować. 

Prasować skarpetek. 

Myć okien gdy czas na czas dla nas. Robić nadgodzin by więcej mieć a mniej być. 

Rozpamiętywać bez opamiętania 

i czas gubić na to, co tak głupie, że aż ludzkie. 


Gdybym wiedziała, że ciało - skafander na duszę niedoskonały -

Może się popsuć bez zapowiedzi, 

bez mojego przyzwolenia,

bez przygotowania

bez ostatniego „przepraszam” 

lub choćby uśmiechu -

Nie marnowałabym czasu. 

Byłabym z tobą tak mocno i na amen, 

by nam się żadna sekunda twojego bycia nie prześlizgnęła przez palce nieobecności 

… 


Bo ja kogoś nie ma, to już nie ma. 

Nie będzie. 

Owinięci w kokon bólu, rzucać możemy zaklęcia przesiąknięte bólem i łzami, rozpamiętywać i grzebać w obolałym sercu. 

Wiara nadzieja i miłość chwiać się nam będą w posadach, a my też się zachwiejemy pod ciężarem poczucia winy. 

Że nie wiedzieliśmy, zapomnieliśmy. 

Że mogliśmy. Że gdyby tylko… 


Gdybym tylko wiedziała że umiesz umrzeć …


______________

In English 🇬🇧

https://karolinazurart.com/blog/f/post-mortem?blogcategory=POETRY


czwartek, 7 sierpnia 2025

SKRZYDLATA

 


Jestem aniołem — gdziekolwiek mnie poniesie.

Podnoszę tych, których nie dźwignie przecież

nikt o zdrowych zmysłach, 

a ja wierzę i tak, że moja obecność może zmienić świat…


Że w mikrokosmosie czarnym od zmartwienia mogę być iskierką,

momentem wytchnienia. 

Uchem co wysłucha, oczami co widzą, 

kimś kto sprawi, że ludzie ludźmi się być nie wstydzą. 


Martwić się — to nie sztuka, zwiesić ręce obie, rzec: 

“Mam swoje trudy i cudów nie zrobię”. 

Chodzić tak po świecie, pokazując wszystkim,

że tu ciężko, szaro, może koniec bliski,

rozsiewając krople energii, co dusi.

Owszem — być aniołem? Do tego nie zmusi

przecież żadna siła —

choćby nas bezsilność od środka kruszyła.


Bo są różni ludzie. Czasy grube, chude.

Lecz czy nie wiesz może, że TY jesteś cudem?

Możesz być, gdy zechcesz. Jeśli się wysilisz. Możesz zmienić czyjeś życie w jednej małej chwili… 

Bo wiesz, my to często ludzi omijamy. Udajemy, że nie wiemy, 

że nie dostrzegamy. 

Póki są — ich życie jakoś nam umyka. 

Budzimy się wtedy, gdy nam człowiek… znika.


Gdy ktoś nam odchodzi, wzrok nam się wyostrza. 

Każda chwila — pożegnaniem, każda czynność prosta, która wcześniej była nie do przeskoczenia. 

Teraz jakoś doceniamy zwykły sens istnienia. 

Zamieniamy się w miłość by nadrobić czas, kiedy ktoś był z nami, a nie było nas. 


Gdy ktoś jest i jest… już go nie widzimy.

Zamykamy serce, może się kłócimy

o ostatnie słowo, o rację z człowiekiem,

Płaczemy nad sobą i rozlanym mlekiem. 

Jakby jego obecność nie była prezentem . 

Dajemy niewiele, a żądamy więcej…


A racja? Smakuje ale krótko nieco.

Gniew wpada na chwilę, potem lata zlecą

nim człowiek poskleja to co gniewem zniszczył. 

Zemsta? Karmi ego. Siła? W duszy świszczy 

niczym wicher głupi, co nie wie, po co wieje, 

a zaburza ogląd. 

Czasem się szaleje od władzy nadmiaru, pieniędzy, czy sławy. 

Ale w duszy pusto, i przeszłości zjawy…


Znowu uśmiech wysłany w czyimś kierunku

najcenniejszym bywa z wszystkich podarunków. 

Bo uśmiech mówi: 

“Ja ciebie dostrzegam.

Widzę, że istniejesz”. 

I więcej nie trzeba 

by wyciągnąć kogoś z pustki, w której czuje, 

że chyba nie żyje, chociaż funkcjonuje. 

Że nikt go nie widzi, nikt już nie dba wcale. 

Więc ja się uśmiecham — zawsze i wytrwale. 


No i serca mam też więcej niż rozumu. 

Nie chce być częścią tłumu, który przechodzi 

i zakłada, że miłość się sama wydarzy 

— sama się sieje trawa.

Miłością trzeba… być. 

Aktywnie i na przekór 

wszystkiemu, co ucisza serce w nas. 

W człowieku.


Dlatego jestem aniołem gdziekolwiek mnie poniesie. Mam uśmiechów w zanadrzu więcej niż drzew w lesie. 

I kocham na wyrost, dbam na za chwilę.

Wszystkiego nie zrobię, ale zrobię tyle ile jestem w stanie…

Pytam gdy nikt nie pyta. 

Idę wszędzie tam, gdzie ci, co mieli kochać, narobili ran.

Sprzątam, reperuję i łez się nie wstydzę. 

Moja magia się zaczyna od słów: 

“Ja cię widzę”.


Dziś jestem aniołem — bo komuś brak siły,

bo czyjeś nadzieje znów się nie spełniły.

Więc bądź dzisiaj światłem — i nie licz na sny…

Może jutro anioła szukać będziesz… Ty?


🇬🇧In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-winged-one?blogcategory=POETRY



MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...