niedziela, 2 marca 2025

BLASK BYŁ MÓJ!


Rozczarował mnie.

Myślałam, że to źle.

Lecz potem zrozumiałam, że prezent otrzymałam.


Dostałam rozczarowanie— dar co wnosi zamieszanie 

w zastany porządek rzeczy: przestałam sobie przeczyć.


Otworzyły się oczy moje, co widziały, 

a nie chciały uwierzyć. 

Serce przestało bić na umór, że bez niego nie może przeżyć. 

Odwinęły się sprawy z różowych oparów bzdur, 

które mi ciągle wmawiał, 

budując mur pomiędzy duszą mą 

i rozumem...


Gardziłam tłumem co kpił, bo widział jaki on był

— narcyz, co kusi złotem, by otruć potem.


Lecz to, co w nim tak świeciło, to nie był on, a moja... miłość. 

To ona oblekła go w to, czego nie miał, 

to ona sprawiała, że kręci się ziemia jakoś tak szybciej, 

gdy był obok mnie. 

A w brzuchu stado motyli też…


Lecz potem... rozczarował mnie. 

I choć myślałam, że to źle, 

to prędko zrozumiałam, że siebie odzyskałam.


Opadły piórka, które nosił, wyblakły prawdy, 

co je głosił. 

Cały wydawał się nijaki, niby ten sam, 

a jakiś taki...


Świecił światłem duszy mojej, nie swoim, 

jak księżyc, co kradnie 

słońca promienie, by istnieć godnie. 

Bez nich wygląda nieładnie.


Rozczarowanie bolało, lecz zwróciło mi wzrok, 

ze złudzeń mnie odarło, ujawniło mrok 

i wszystkie te rzeczy brzydkie, 

których widzieć nie chciałam, a które tłumaczyłam, chłonęłam, zamiatałam...


Odszedł do innej, zamknął drzwi, 

zostawił wszystko z napisem "my". 

Zaczął na świeżo, z czystą kartą, 

jak biała chmura na wiosennym niebie. 

Lecz karta czysta być nie mogła, 

wszak w przyszłość swoją zabrał... siebie.


Założył uśmiech numer sześć, by inną przyciągnąć i ją zwieść. 

I ona pomyślała, że prezent otrzymała, 

lecz potem zobaczyła, że 

nie wszystko złoto, co świeci się...


IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/the-glow-was-mine

niedziela, 23 lutego 2025

NIE JESTEM WARIATEM... - Z PAMIĘTNIKA MATKI POLKI

Antek ma fazę na malowanie się. 

Nie że makijaż a'la dama, nie. 

Bywało, że mnie naśladował i stwierdził, że to głupie. Były więc wzory wojownika,  runy ochronne. 

Stan moich kosmetyków woła o łaskę,  ale kij...dziecko ma wyobraźnię,  tworzy,  wymyśla. Ok. Natomiast dziś mnie pokonał.

Przychodzi z krzyżem narysowanym na czole (moją szminką, kierwa). Się pytam kosmity, o co chodzi tym razem,  a on na to:

- Jestem kościołem. 


Dziękuję, dobranoc. Tekst z serii Nie jestem wariatem, jestem samolotem.


Antoni, lat 5

NOWA

Nowa to utwór o tym, że wszyscy chodzimy poranieni i składamy się na nowo niezliczoną ilość razy. 

I o tym, że —choć to najbardziej upierdliwa robota świata— warto. Od tego zależy jakość naszego bycia.



A kiedy już pozbieram części siebie z podłogi,

Złożę je na powrót i stanę na nogi

Gdy skrzydła mi odrosną, 

dusza się uśmiechnie

Oczy znowu błysną 

pierś pełną piersią odetchnie,

Kiedy nauczę się odchodzić z miejsc, 

co mi nie służą 

Miast tkwić tam i narzekać, że mi spokój burzą,

Kiedy wyrosnę z tych, 

co do mnie nowej nie pasują 

Bo mnie nie szanują, bo mi myśli trują 

Kiedy wyleczę traumy co każą mi myśleć myśli nie moje

I bać się tego, czego się nie boję,

I oddam przodkom wszystko 

co od nich niosę w sobie

I walczę z tym codziennie w mojej duszy, głowie,

Kiedy oddzielę historię moją od tej cudzej

I gdy ich historii więcej nie powtórzę

Gdy poznam me demony, 

by wiedzieć co siedzi we mnie 

—wszak nie da się uleczyć rzeczy bezimiennej,

Gdy zrozumiem, że wszystko dla mnie, 

a nie mnie się działo

By mi oczy otworzyć, uodpornić ciało

Gdy się urodzę na nowo, przestanę żyć tym co było, 

Wtedy i tylko wtedy zrobię miejsce na miłość. 


Wtedy już nic nie zachwieje moim duchem, umysłem

Wtedy zrozumiem po co działy się te rzeczy wszystkie

Wtedy będę pamiętać, 

że piekło noszę w sobie 

i mogę je rozprzestrzeniać,

Ale tego nie zrobię…


Złość zastąpi cisza. 

Słowa ciężkie - spojrzenie. 

W miejsce strachu odwaga,

Osądu - zrozumienie. 

Zamiast chaosu - spokój,

Miast krzyków - rozmowa. 

Tak będzie już niedługo,

Gdy siebie zbuduję od nowa.

__________________

IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/new

czwartek, 20 lutego 2025

GNIEW


Miałam gniew.
 

Zawsze był przy mnie. 

Nie nosiłam go jednak jak serca na dłoni,

Bo wyglądał nieładnie, 

jak coś od czego się stroni. 

Trzymałam więc go pod skórą, 

czasem z tyłu głowy. 

Jak granat bez zawleczki, do wybuchu gotowy.


Bulgotał sobie cichcem. 

Nie palił się, ledwo tlił—

jakby go nie było. 

Ale był…


Zawsze był w zarodku, a dorastał pędem. 

Tej bym nagadała, 

temu dała w gębę,

Tu bym wygarnęła, 

tamtej pokazała,

Prawdę, której nie ma w oczy wykrzyczała,

Porządek robiła do utraty tchu.

A gniew? Miał się dobrze. 

Rósł sobie i puchł…


Pomyliłam się srogo w tej sprawie 

Myśląc, że gniewem świat poprawię.

Że wytrzebię głupotę, samolubnych odmienię, rachunki obniżę, czy uzdrowię ziemię.

Zabierałam sobie spokój tym, co wokół…


Po drodze za to sporo nim zniszczyłam, 

Niejedno istnienie gniewem mym obiłam.

Niejednej idei urwałam nim głowę,

Serce nim złamałam, poraniłam słowem…

Powiedziałam za dużo, zrobiłam za mało,

Gniew opadał, a po nim… mało zostawało. 


Jedna chwila gniewu, dysproporcja taka,

Potem i latami trzeba łatać 

co się budowało z trudem i od serca,

Gniew wszak to znany rozwoju morderca. 

Truciciel radości, zaklinacz rozumu,

Budowniczy złudnej siły tłumu.


Nosiłam w sobie gniew. Wrzałam.

Inni robili źle—ja się gotowałam. 

Tak karałam siebie—gniewem. 


A głos duszy mi szeptał—jakby gdzieś w oddali—że wód czystych żadna iskra nie podpali.

Za to kiedy w żyłach płynie gniew,

Wystarczy słowo, wzrok czyjś, albo śmiech.

I już—ogień toczy ciało całe,

bo gniew to paliwo doskonałe.


Odłożyłam go na bok. 

Posprzątałam w duszy. 

Iskry z zewnątrz ognia nie mogą już zaprószyć.

W sercu noszę ciszę, w głowie śmiech. 

Rozstaliśmy się—ja i mój przyjaciel gniew. 

środa, 12 lutego 2025

STARA


A kiedy będę już stara – jak Bóg da – 

Kiedy już gąbkę życia wycisnę do cna,

I usiądę przed lustrem

Nim na zawsze usnę,

To popatrzę sobie w oczy

I zmarszczki prześledzę

Co zaklętą o mnie mają w sobie wiedzę. 


Na te od uśmiechu, a tamte od nocy

Nieprzespanych w strachu o to co zaskoczy

Co przyjdzie znienacka, wyrzeźbi mój los

Czyj głos znów usłyszę, a czyj zgaśnie głos…


O! I włosy białe na mej starej głowie. Każdy włos historię też jakąś opowie. 

O zmartwieniach co ryły mój spokój wewnętrzny 

O wyzwaniach co jak góry lubiły się piętrzyć

Co garbiły mą szyję i ramiona moje

Kiedy wbrew wszystkiemu szłam przez życia znoje

Z podniesioną głową, z duchem niezłamanym

Pamiętając o tych, co niczym w kajdany 

Ze społecznych norm i ojcowskich chceń

Żyły tak zakute z dnia na dzień. 


O tych pokoleniach kobiet co przebyły,

I życiową misję dla mnie zostawiły. 

Co ich w mojej duszy wciąż wybrzmiewa śpiew 

Łączą nas korzenie i ta sama krew.


O prababciach, babciach co ich noszę siłę, 

moce, dary, wiedzę no i marzeń tyle…

I zadanie jedno: przerwać zdarzeń ciąg 

Co się powtarzały jak zaklęty krąg.

Od wieków niezmiennie, bo ciągle te same

Choćby w inne życia i ciała przebrane. 


Traumy już zakończyć, strachom urwać głowę, 

Uleczyć co boli, i klątwy rodowe

Wyrwać z korzeniami 

I zasklepić rany 

Co bolały tak samo pokoleniami…


Usiądę więc przed lustrem

Całkiem stara ja.

Wierzę, że tam dotrę. 

Wierzę, że Bóg da. 


Popatrzę sobie w oczy co wiele widziały, 

Ze szczęścia i nieszczęścia co się napłakały. 

Na me ciało z dumą spojrzę, bo służyło

Całe życie moje i ze mną przeżyło

Absolutnie wszystko, 

aż tu z nim dotarłam. 

Setki razy umierało, 

Ale nie umarłam. 


Bo wystarczy jedna, której nie wytrzebią 

Choćby ziemię przebyli, przetrząsnęli niebo

By namierzyć takie, co moc w sobie niosą

Co zmieniają wszystko

Wbrew niechętnym głosom. 


Jedna dusza, jedna wola 

Jedno życie, jedna dola.

Magia zaklęta, kobieta wyklęta

I oczy zielone co widzą i na drugą stronę.


Potem tylko zmarszczki, tylko siwy włos … 

Spojrzę na nie z dumą

Zaśmieję się w głos 

Z tego życia co przecież jak żart mi przebyło. 

Niby nic, tak niewiele, 

a wszystko zmieniło…

______

IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/the-old

niedziela, 2 lutego 2025

POCAŁUJ MNIE W DUPĘ. A POTEM....

Mam taką mantrę w życiu. Słowa proste, acz magiczne, które pomagają mi przez życie przejść i nie wylądować w więzieniu. Mianowicie, za Tuwimem powtarzam sobie: Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Mówię je, gdy mi wszystko zaczyna wychodzić nosem - rzeczy, ludzie, obowiązki, dźwięki, wymagania. Mówię je, gdy osiągam poziom wrzenia. Słowa te to dla mnie taki wyznacznik, że jestem o krok od wybuchu. W ten sposób poznaję rozpoznaję swoje własne limity. Toteż rzucam je, a potem, potem… ale to może jeszcze nie teraz. Opowiem o tym potem.

 

Przykład. Średnio spałam. W gardle mnie trapie, z nosa mi kapie, rozpadam się na kawałki, okres mi się zaczął, napuchłam, umieram za życia, aleeee! Wstaję dzielnie z łóżka. Ubieram się. Makijaż nawet nakładam niczym barwy wojenne. Idę do roboty. Za mną idą dwie kobiety i komentują moje buty, że dziwne. Moje włosy, że też dziwne. Ciuchy moje, że się wystroiłam. I że kręcę dupą. Myślę sobie spod serca – a całujcie mnie w tę dupę! I tylko dzięki temu spuszczam nieco pary i kobiety mogą żyć i iść dalej o własnych siłach. A potem…

 

W przerwie na lunch, która miała się zacząć milion godzin wcześniej, ale wszyscy inni byli ważniejsi, bardziej głodni, a w dodatku ten się spóźnił, tamten zapomniał, a ów nie pomyślał i przesunął w czasie i przestrzeni wszystkie moje potrzeby i plany, idę w końcu coś zjeść. Żołądek klei mi się do kręgosłupa, głowa szumi od nadmiaru komunikatów, moja wewnętrzna kur*ica woła o kawę, a nogi wlazły mi w zad i nie chcą się poruszać. Wtedy na mojej drodze staje bezdomny. Wyciąga rękę i prosi o kasę. Moją kasę, na którą ciężko pracuję. Tak ciężko, że często gęsto nie mam czasu ani siły by iść i ją gdzieś wydać po pracy. Tak ciężko, że właśnie ledwo idę. Myślę sobie – a całuj że mnie w dupę (to ta wersja Karola, która nie pójdzie do nieba). I tylko dzięki temu nie rzucam jakimś paskudnym komentarzem. A potem…

 

Idę po pracy kupić coś na obiad. Stoję w kolejce, która się nie kończy, bo chyba wszyscy wpadli na ten sam pomysł i skumulowali się w tym samym czasie, w tym samym sklepie. Nie przejdę w normalnym tempie, bo są tacy, co sklep zwiedzają. Stają przy półce, otwierają usta szeroko i kontemplują, blokując przy tym przejście wózkiem. No i dostawa musiała być w tym samym momencie, czyli co krok muszę uskakiwać, żeby pracownicy sklepu mogli przejechać mini platformami i rozładować towar. A jakaś natapirowana jędza wślizgnęła się dosłownie pod moje ramię i zgarnęła ostatnią kajzerkę z półki. Tę, na którą miałam taką ochotę. I taka była przy tym z siebie zadowolona... Nic to, niech żyje i udławi się tą kajzerką (tak, to ten Karol, co nie zostanie papieżem). 

 

No i kolejka. Stoję. Za mną matka z trójką małych dzieci, z wyrazem bezgranicznej beznadziei na twarzy o mocno podkrążonych oczach. Dwójka drze się w niebogłosy w wózku, a każdy ich krzyk wwierca mi się w obolałą głowę. Trzecie na małej hulajnodze jeździ w kółko, raz po raz uderzając a to w mój wózek, a to w moją nogę. Matka nie reaguje. Już mam wrzasnąć na matkę, by coś z dzieciakiem zrobiła, wychowała go na ten przykład. Albo żeby zdecydowała się na dziecko numer cztery, skoro po pierwszym nie połapała się jak ciężka to robota (tak, to ten Karol, co obywatelem roku nie zostanie). Ale… nie. Nie mówię nic. Myślę sobie za to: A całujcie wy mnie wszyscy w tym sklepie w dupę. I tylko dzięki temu ludzie wokół mnie mogą żyć i dalej wkurzać innych.

 

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...