niedziela, 13 lipca 2025

MAMA W NIEBIE

Poszła mama do nieba, taka trochę zdziwiona. 

Że raj? I anioły? I że ma być zbawiona? Jak to – wieczne szczęście? 

I bólu nie będzie? Zmartwień i rachunków?

Bałaganu wszędzie? Mimo grzechów, złości, gniewu i zwątpienia, 

czy Bóg ma w jej życiu coś do powiedzenia? 

A Bóg, jak ma w zwyczaju, wita swoich gości:

- Zdałaś, moja mała, egzamin z miłości. 

- Z miłości? Egzamin? Jak?

- Już mówię, czekaj. Po to też na ziemię wysyłam człowieka, by nauczył się kochać mimo przeciwności. Człowiek powołany jest wszak do miłości. 

- Ale przecież klęłam...

- Bo ci ciężko było. Mimo to walczyłaś i to była miłość.

- No a zazdrość?

- To ludzkie. Zdarza się najlepszym. Nawet święty, nim święty, też coś przecież spiep…

- Ychm... - Święty Piotr subtelnie dokończył to zdanie. 

- Grunt to wierzyć, kochać,  wykonać zadanie. Ja matki posyłam przecież do kochania.

- I prania, sprzątania, no i gotowania... -  Święty Piotr z przekąsem zaśmiał się pod nosem nad matyczynym niełatwym, a typowym losem.

- Piotrze, jak cię lubię....

- Już, już milczę, Panie. Mówię tylko - niełatwe dałeś im zadanie. Mnie też przecież nieraz dusza z bólu drżała, gdym na ziemi mieszkał. A zwą mnie wszak Skała.

- Prawdziwe diamenty pod presją powstają. A kobieta, mówię, już się rodzi skałą. Kamieniem węgielnym dla rodziny każdej. Szlifowanym w bólach. Test z miłości wszakże nie jest łatwy bo kochać to wyrzec się siebie. Ufać mimo bólu. Trwać, gdy ktoś w potrzebie.

- Ale ja naprawdę zawaliłam srodze. Pamiętasz ten miesiąc, kiedy po rozwodzie, piłam i mówiłam, że cię wcale nie ma? I że o mnie nie dbasz?

- Trzęsła ci się ziemia. Ale się podniosłaś, gdzie iść - nie wiedziałaś i do mnie o pomoc po nocach wołałaś, gdy dzieci już spały, żeby nie widziały jak ci ciężko…

- Ciężko. Wszystko się kończyło.

- A ty rosłaś w siłę.  I to była milość.

- No a po wypadku, gdy tak chorowałam? Cierpliwości, wiary wcale już nie miałam. Pamiętasz? Mówiłam, że w ciebie nie wierzę, że mam dosyć, basta...

- Oj tak, mówiąc szczerze. Ale znów walczyłaś, znów się nie poddałaś. Mimo bólu, strachu.  A to właśnie wiara. 

- Ja nic nie rozumiem...

- I wcale nie musisz. Grunt, że życie przeszłaś tak, by do mnie wrócić. 

- Lecz może je mogłam jakoś lepiej przeżyć?

- Przestań wreszcie, mała.  Co, Bogu nie wierzysz? Powołałem matki do zadań specjalnych. Do dawania życia, do spraw niebanalnych. Wysiłków nadludzkich i pracy nad sobą. Do bycia przykładem,  gwardią honorową, inspiracją, wsparciem, ręką, nogą, sercem, wytrychem, gdy dla dziecka jakieś drzwi zamknięte. Drogowskazem, gdy błądzi i przystanią ciepłą, kiedy trudy życia mu skrzydła podetną. Do kochania bez "ale", nieważne co było. Teraz już rozumiesz?

- Tak. Ja JESTEM miłość.


_______

Autorka: Karol, matka, która pojdzie do nieba, choćby i nawet nigdy nie została papieżem.


🇬🇧 And here in English:

https://karolinazurart.com/blog/f/mum-in-heaven?blogcategory=POETRY


piątek, 27 czerwca 2025

O TYM CO BYŁO I NIGDY SIĘ NIE SKOŃCZYŁO, CZYLI OPOWIEŚĆ O SKRADAJĄCEJ SIĘ TOŻSAMOŚCI


Znacie takie osoby, które w kółko opowiadają tę samą historię? Wracają do przeszłości, tego co było kiedyś? Zazwyczaj robią to ludzie starsi i mówi się wtedy, że wspominają. Jednakże wiele razy słyszę te powtarzanki od osób młodych, młodszych ode mnie. I gdy je słyszę, obserwuję coś, co nazywam syndromem skradającej się tożsamości. Historią, która zamieniła się... w życie. 


Zaraz wyjaśnię. 

Przykłady, żeby nie było, żem gołosłowna. 


Pan Zenek:

“Ja to kiedyś grałem w piłkę! Najlepszy w drużynie byłem, wiecie, trener to mówił, że mnie wezmą na profesjonalnego piłkarza i pewno i bym nim został. Ale wiesz, życie. Mogę złamałem, potem zanim się zrosła to miesiące, potem człowiek do roboty poszedł i już. Po karierze.”


DZIŚ: wqurwiony na świat. Nienawidzi swojej roboty. Zgorzkniał. Zapija smutki. Co przechodzi koło boiska to wzdycha. Chłopcy kopią tę piłkę, marzenia mają. Machnie ręką — gówno z tego będzie, zobaczą jeszcze. Kontuzja, robota, życie. I po człowieku. Po życiu. 


Pani Krystyna: 

“Tańczyłam. Boże, jak ja kochałam tańczyć… włosy do pasa miałam, spinałam je takimi klipsami w kok by do oczu nie leciały. Biegałam na lekcje baletu cztery razy w tygodniu. Chciałam w Teatrze Nowym występować, nawet potem spotkałam takiego agenta, wymieniliśmy się adresami. Jechać miałam do Warszawy na przesłuchania, odkładałam na bilet, no ale wiecie. Marzenia marzeniami, a życie życiem. Mąż, dzieci, rodzina, obowiązki…”


DZIŚ: Pani Krystyna męża nienawidzi. Dzieci kocha, bo przecież trzeba. Wychowała najlepiej jak umiała, poświęciła się, wszystko dla nich zostawiła, a one takie niewdzięczne… Ma włosy obcięte na krótko. Byle jakie w zasadzie, lekko tłuste. Mało się rusza, frustracje zajada, więc przytyło jej się, nogi opuchły. Taniec z Gwiazdami ogląda, oczy jej się szklą. Siebie widzi, ten warkocz długi, te marzenia co poszły wpizdu przez rodzinę… szukali nauczycielki tańca w ośrodku kultury. W szkole też prosili o wolontariuszy, bo robią nowe przestawienie. Ale gdzie ona tam się będzie pchała. Tyle roboty w domu…


Pani Kasia:

“Podróżować chciałam. Jeździłam tu i tam lokalnie, potem wyszłam za mąż. Myślałam, że będziemy jeździć razem. Ale mąż bardzo chciał zbudować dom, bo mieszkaliśmy w takim małym, wynajmowanym mieszkaniu. Dom to piękna sprawa przecież, zgodziłam się. W końcu trzeba gdzieś z tych podróży wracać, pomyślałam sobie. Znalazłam pracę w szkole. Kredyty pod budowę wzięliśmy no i się udało. Wiesz. Ogród mamy, sądzę tam marchewkę, pietruszkę, róże nawet. Ładnie pachną, przypominają mi o ciepłych krajach, gdzie kwiaty na pewno mocno i słodko pachną…”


DZIŚ: Wraca po pracy do domu. Pięknego domu. Ich domu. Tyle w niego włożyli pracy, serca, pieniędzy, czasu. Siadają wieczorami przy kominku z lampką wina, oglądają film. Jest miło. Ale gdy Kasia sprząta te wszystkie podłogi i blaty, ma ochotę złapać cos ciężkiego i rozpieprzyć to na tym błyszczącym parkiecie. Blaty nożem porysować. Bo ciągle spłacają kredyty wzięte pod budowę. Bo ciągle coś do dorobienia, poprawienia. Marzenie o obejrzeniu świata, próbowaniu innych potraw, oddychaniu powietrzem różnych kontynentów, odkrywania nowych miejsc zostało zamknięte w klatce z pięknie urządzonego domu. To nie było jej marzenie… nie ma teraz pieniędzy. Nie ma czasu. Trzeba pracować. Płacić. Korzenie zapuścić. A mąż? Działa jej na nerwy bo to wszystko dla niego. To wszystko przez niego….


PRAWDA: 

Gdyby pan Zenek chciał, trenowałby dalej. Albo by poszedł w futbol jako zawód. Trenerem by mógł być, trenerem przygotowania fizycznego, skautem, iść w karierę sędzi. Gdyby pani Krystyna chciała, pojechałaby do tej Warszawy na przesłuchania. Nikt by jej nie zatrzymał. Mąż jej w życie znienacka nie wskoczył. Dzieci się niechcący nie pojawiły. Mogła z mężem pogadać, wytłumaczyć, ewentualnie męża zostawić. Oj tak. Nawet teraz by mogła działać, udzielać się społecznie i kreatywnie, ale nie chce. A pani Kasia mogła męża poprosić. By trochę poczekali z budową, pomęczyli się na tym małym mieszkaniu, ale za to pozwiedzali. Może rok, dwa? Zanim zostaną uziemieni przez budowę i kredyty…


Ale jak to? 

Wysiłek? Wyrzeczenia? Konkretne decyzje? Pójście pod prąd? Tak to. Bo co wartościowego przychodzi do nas bez wysiłku? Bez ciężkiej pracy? Pod rękę z konformizmem? Bez poświęceń? No jajco. 


Ale nie. Bo wiecie, noga złamana, potem do roboty, i po życiu, po człowieku. Mąż, dzieci, obowiązki. Dom, budowa, kredyty. Te historie to nie opowieści z ich przeszłości! To opowieści, które sami powtarzali sobie często, by wytłumaczyć sobie, dlaczego czegoś nie byli w stanie zrobić, by się usprawiedliwić — tak często, że stały się ich przeznaczeniem. 

BARDZO NIEBEZPIECZNE. Śmiertelne. 



Bo skradały się, skradały, aż w końcu stały się elementem stałym. Wytłumaczeniem. Dlaczego nie zrobili tego co kochali i stali się tym, kim się stali. Jak zbudowali swoją tożsamość osoby niespełnionej. Sfrustrowanej. Przegranej. Niosą te historię ze sobą wszędzie, gdzie idą. Jak plecak pełen kamieni, które miały potencjał by stać się pięknymi rzeźbami, dziełami sztuki. Ale zostały tylko ciężarem…


A wiecie dlaczego to piszę? Dlaczego w ogóle piszę?

Kiedy zrobiłam pierwszego magistra, moim marzeniem było pracować w wydawnictwie. Zostać edytorem. Nie miałam wówczas czasu na praktyki, na staże, bo grałam, dużo wyjeżdżałam. Potem podjęłam decyzję o wyjedzie za granicę. Pojawiło się dziecko, problemy ze zdrowiem, obowiązki, cyrk na kółkach był. Potem zostałam mamą samodzielną, ze wszystkim na głowie. Zaczęłam pracować na dzikie godziny, by nas utrzymać. Nauczyłam się jednego języka, później kolejnego. Potem zrobiłam drugiego magistra i mnóstwo szkoleń, by na coraz bardziej wymagającym rynku pracy nie wypaść z siodła. Postanowiłam sobie jednak, że z pisania nie zrezygnuję. Pisałam moją książkę nocami, gdy młody spał. W przerwach w pracy. Zaczęłam pisać wiersze. Na kolanie w metrze, bo rano dojeżdżałam godzinę do pracy. Na stacji, gdy pociąg nie dojechał. Na przerwie na lunch.  Wstawałam o godzinę wcześniej, by mieć ten ekstra czas dla siebie. By przeć codziennym kołowrotem spraw coś napisać. Uczyłam się projektowania graficznego, również po nocach. Zbudowałam swoją stronę, bloga, niedługo jakieś porządne social media ogarnę, by iść z duchem czasu. 

Piszę w dwóch językach obecnie, tłumaczę. Zaczęłam nawet tworzyć teksty do piosenek. Pracuję nad drugą książką. Pierwszą rozesłałam do potencjalnych wydawców. Czekam. Może się uda, może nie, ale dobrze jest, bo wiem, że przynajmniej próbuję. I nawet jeśli edytorem nie zostanę, to może chociaż papieżem się uda? Bo wiecie, trafiam do ludzkich umysłów, serc, czasem pod skórę, czasem jestem bólem w dupie. Ale piszę. Jestem. Tworzę. Mimo wszystko, i wbrew wszystkiemu. 


Dlaczego? Bo nie opowiedziałam nikomu (a tym samym sobie) historii Karola przegranego. Że wiecie. Studia były, potem były możliwości, ale czasu brakowało. A potem to już poleciało. Dziecko, rodzina, robota… i po życiu. Po człowieku… po pisaniu. 


Bo to jest tak, że ta droga do tego czego naprawdę chcemy, nigdy nie będzie pusta. Zawsze będą inne sprawy do załatwienia. Obowiązki. Rachunki. Nie pójdzie z górki. Będzie pod górkę. Zawsze będą ludzie, którzy będą wymagać, oczekiwać, czekać. A my, jeśli nie będziemy chcieli rozczarować nikogo, rozczarujemy samych siebie. 

Bo gdy wciąż mówimy “tak”, choć dusza krzyczy “nie”, jeśli się dostosowujemy do wymogów społeczeństwa, rodziny, do ustaleń , do standardowych wymagań — zostawiamy swoje marzenia w tyle. Tak bardzo w tyle, że w końcu przehandlujemy swoje przeznaczenie na chwilową aprobatę tych co wokół, na komfort lub tak zwany święty spokój. 


Gdyż? Gdyż to jest także i tak, że jak czegoś chcemy, to życie złapie nas w pewnym momencie za twarz, spojrzy nam w oczy i spyta: naprawdę tego chcesz? Jak bardzo tego chcesz? 

Pokaż! Co jesteś w stanie zrobić, by to osiągnąć? 

Zrobisz to, czy zbudujesz sobie historię-wyjaśnienie, która będzie się skradać, skradać, aż stanie się twoją tożsamością? 


Obrazek:

https://medium.com/@wealthwire/unfulfilled-dreams-5d488de8ef70


🇬🇧In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/on-things-that-never-truly-end?blogcategory=LIFE+IT+IS%E2%80%A6

 

wtorek, 10 czerwca 2025

CO DWIE FALE TO NIE JEDNA, CZYLI DLACZEGO NIESZCZĘŚCIA CHODZĄ PARAMI


Słyszeliście na pewno takie powiedzenie, że nieszczęścia chodzą parami. 


Zastanawialiście się kiedyś — właściwie dlaczego?


Ja się zastanawiałam. W ogóle — dużo rozmyślam (a szczególnie koło trzeciej nad ranem, gdy powinnam spać). 

I któregoś dnia trafiłam na takie jedno zdanie po angielsku. Proste. Ale jak mi te wszystkie klocki w głowie wskakiwały nagle na swoje miejsce, to aż się zatrzymałam:


What we do frequently becomes our frequency.

(To, co robimy często, staje się naszą częstotliwością.)


Nie metaforycznie. Dosłownie. 


Ale jak to? Już tłumaczę. Każda komórka naszego ciała — zwłaszcza serce i mózg — wytwarza impulsy elektryczne. A jak jest prąd, to są też pola magnetyczne. Tak?


Najsilniejsze pole generuje serce — to pole rozchodzi się nawet na kilka metrów wokół nas, jak taka niewidzialna aura. Niewidzialna dla oka oczywiście, ale wyczuwalna — Instynktownie, energetycznie.


I teraz najważniejsze:

Te drgania, czyli zmiany w naszym polu elektromagnetycznym, są mierzalne (na przykład EKG, EEG). I zmieniają się w zależności od emocji i naszego stanu psychicznego.


Emocje to chemiczne konsekwencje naszych myśli.

Jeśli myślimy dobrze – uwalniamy serotoninę, oksytocynę, dopaminę. Świat się robi przyjemniejszy, mimo codziennych wyzwań. 

Jeśli myślimy źle – serce zaczyna świrować, oddech robi się krótki, mózg przełącza się na tryb „coś tu się zaraz rąbije”, a my jesteśmy zalewani kortyzolem, adrenaliną i  całym tym koktajlem hormonów przetrwania. Bardzo potrzebnych nawiasem, gdy jesteśmy w stanie zagrożenia. 


Ale jeśli trwamy w tym stanie przewlekle, to rozwalamy cały nasz organizm, który wszak nie jest przystosowany do tego, by ciągle się bronić. Zaczynamy więc drgać nisko, wibrujemy byle jak i taki chaos promieniujemy na zewnątrz.

Dosłownie.


To, co powtarzamy, programuje naszą częstotliwość. Jeśli ciągle myślimy o tym, co nas stresuje, co wkurza, co się nie udało — ciało utrwala to jako normę. I zaczynamy generować pole energetyczne niskie, chaotyczne, poszarpane.


Jeśli pielęgnujemy spokój, wdzięczność, miłość, kreatywność — nasze pole robi się harmonijne, silne, stabilne.


To, co często myślimy i czujemy, staje się naszą częstotliwością.

I nie jest to jakaś mambo-dżambo duchowa gadka, tylko czysta neurofizjologia.


To jak z radiem. Jak chcesz słuchać dobrej muzyki, musisz ustawić odpowiednią falę.

Jak ustawisz źle, to będzie tylko szum.

Albo jeszcze gorzej — reklama kremu na hemoroidy.


Dlatego właśnie nieszczęścia chodzą parami. Bo kiedy przydarzy się coś złego, my przełączamy się w tryb przetrwania (bo tak trzeba) — ale nie każdy umie z niego wyjść.


Niektórzy tkwią w starym bólu.

Rozgrzebują, analizują, przeżywają w kółko. Opowiadają każdemu, kto ich spotka, co im się przydarzyło. Jak ktoś ich potraktował. Tarzają się wręcz już nałogowo w tym co… było. 

A mózg-głupek nie odróżnia przecież, czy coś się dzieje tu i teraz, czy to tylko wspomnienie.

Więc generuje dokładnie te same hormony. Serce znów przeżywa to na nowo, i w kółko, i w kółko. Tkwimy w przeszłości, ryjemy sobie w mózgu korytarze stresu. Pole magnetyczne znów w chaosie i stajemy się żywym magnesem na…. nieszczęścia. 


I tak — przyciągamy kolejne dziadostwo.

Zdarzenie po zdarzeniu. Nieszczęście po nieszczęściu. Parę. Trojaczki.

A potem się dziwimy jeszcze, że czemu tak, że to niesprawiedliwe. Ze innym to jakoś łatwiej, lepiej. A nam zawsze pod górę..:


Jak ktoś chodzi i zrzędzi, narzeka, zawsze widzi szklankę w połowie pustą, czepia się pierdół i koncentruje na negatywnych aspektach (których na pewno nigdy brakować nie będzie) — to będzie generował właśnie takie drgania. Pole minowe. W myśl: nie podchodź, bo wybuchnę.


I uwierzcie — taka osoba przyciągnie do siebie dokładnie to, co generuje: więcej frustracji i powodów do frustracji. 

A jednocześnie odepchnie tych, którzy wibrują wysoko.

Dlaczego? Bo osoby pozytywne, nastawione na szukanie rozwiązań, a nie powodów, by czegoś nie zrobić, powiedzą:


„Jakoś nie nadajemy na tych samych falach.”


I po prostu nie będą chciały tam być.

Bo energia się przenika, a wieczne marudy potrafią zatruć wszystko. Podobnie jak ludzie, którzy utknęli w przeszłym bólu. 


Jesteśmy żywymi, oddychającymi magnesami. Przyciągamy to, czym sami wibrujemy.


I nie, to nie gadanie kuku-szamana.

To nauka. To pole elektromagnetyczne, które sami wytworzyliśmy. To neurochemia. To fizyka.

I myślę, że trzeba to wiedzieć, żeby świadomie nad soba pracować, bo ze względów biologicznych (instynkt przetrwania), myśli negatywne przychodzą do nas naturalnie. Nad tymi pozytywnymi trzeba świadomie pracować. 


Tak rzekę ja,

Karol — kobieta, która nie zamierza zostać papieżem,

bo komnaty Watykanu na pewno nie wibrują wysoko. 


🏴󠁧󠁢󠁥󠁮󠁧󠁿 In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/two-frequencies-walk-into-a-bar%E2%80%A6?blogcategory=NEURO


MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...