niedziela, 20 kwietnia 2025

WIELKANOC – CZYLI TRAKTAT O CIEMNOŚCI

    

    
        

Gdy patrzę wstecz, to dochodzę do wniosku, że najcięższe okresy w moim życiu miałam nie wówczas, gdy działy się rzeczy trudne do przejścia, lecz wtedy, gdy nie wiedziałam jak przez nie przejść. Przejść, czyli pójść dalej i nie tkwić w tym ciemnym punkcie. Bo odnosiłam wrażenie, że wyjścia nie ma. Że w którąkolwiek stronę ruszę, i tak niczego nie rozwiążę. Były to jednak te okresy, które ukształtowały mnie najmocniej, bo nie dość, że wyjście pojawiało się samo, jakby mimochodem – jakaś osoba, jakaś konwersacja, układ zdarzeń z pozoru bez znaczenia – to jeszcze po drodze uświadamiałam sobie jedno: jestem. Wyszłam z tego. Stoję na dwóch nogach, a przyjaciele nie muszą przemycać mi wina na oddział zamknięty. A skoro przez TO przeszłam, to już naprawdę, naprawdę niewiele może mnie wystraszyć czy zatrzymać. Mam przy sobie jakąś siłę wyższą, która wyprowadza mnie z głębi najbardziej przytłaczających sytuacji. A może to nawet ja sama jestem źródłem tej siły?

Wielkanoc zwana jest Świętami zmartwychwstania, duchowego odrodzenia – celebracji zwycięstwa życia nad śmiercią, światła nad ciemnością. Tylko że... żeby coś mogło się odrodzić, najpierw musi obumrzeć. I podobnie – żeby coś mogło zmartwychwstać, musi najpierw być martwe. Ciężko się o tym myśli w kontekście wiosennych świąt i jajek w majonezie, ale prawda jest taka: ktoś, kto choć raz nie umarł, tak naprawdę nigdy nie żył.

 

Wielkanoc. Kiedyś zaczęłam się zastanawiać: co to za „noc”? Dlaczego noc, skoro świętujemy życie, światło, odrodzenie? A potem mnie olśniło – te święta to przecież święta nocy. Ciemności. To ona jest ich punktem wyjścia.

 

Zanim stwierdzicie, że z okazji tej wiosny zwariowałam, pomyślcie: to właśnie w ciemności odnajdujemy światło i się odradzamy. Nocą wszystkie nasze strachy, niedokończone sprawy, frustracje, stresy dochodzą do głosu jakoś wyraźniej i szarpią nami na prawo i lewo. Nocą ulice wydają się niebezpieczne, las przerażający, budynki nawiedzone, nawet nasz własny dom jakiś taki pełen cieni. Ciemność wyostrza nasze zmysły. Gdy oczy nie widzą, uszy zaczynają lepiej słyszeć, a jak się człowiek dobrze wsłucha, może usłyszeć nawet szepty swojej własnej duszy. Gdy w życiu robi się ciemno – zaczynają się problemy, rzeczywistość popycha nas na skraj wytrzymałości – wtedy dowiadujemy się o sobie najwięcej. Na pewno więcej niż w komforcie dnia i ogrzewającego nas światła słonecznego. Ciemność potęguje to, co nosimy w sobie za dnia. Wyostrza to. 

 

Boimy się za dnia? W nocy będziemy umierać ze strachu. Denerwujemy się w dzień? W nocy gniew nie pozwoli nam zasnąć. Mamy jakieś zmartwienie? W nocy myśli będą galopowały w jego kierunku, a my nie zmrużymy oka. Mamy jakieś niezdrowe zapędy? Poczekamy aż wszyscy zasną i wtedy zrobimy swoje. Nie na darmo mawia się „pod przykrywką nocy”. Noc otula, kryje, ale też… eksponuje. Pokazuje nam, kim tak naprawdę na tym etapie naszego życia jesteśmy.

 

Zmusza nas by stawić czoła samemu sobie. To w ciemności dokonujemy cudu przemiany – z tchórza w osobę odważną. Z popychadła w osobę asertywną. Z osoby smutnej w taką, która raduje się dniem. Gdy w nocy umrzemy ze strachu, a rano obudzimy się i zrozumiemy, że wciąż żyjemy, wtedy zaczynamy naprawdę żyć. Wtedy więcej w nas życia niż strachu. Rozumiemy, że nie daliśmy się pokonać, odkrywamy swoją siłę i swój potencjał.

 

W tradycji chrześcijańskiej najsłynniejsze zmartwychwstanie również dokonało się w nocy. Kiedy kobiety przyszły do grobu Jezusa, było bardzo wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Zastały grób pusty, bo Jezus powstał z martwych w nocy, kiedy nikt nie patrzył. Gdy strażnicy pilnujący jego miejsca spoczynku prawdopodobnie przysypiali na warcie. Wtedy właśnie dokonał się cud największej z przemian.


Trafiłam gdzieś kiedyś na taki cytat: „Chcieli nas pogrzebać. Nie wiedzieli, że jesteśmy nasionami”. Doskonała analogia. Nasiono, by mogło wykiełkować, najpierw musi pobyć w ciemności, przysypane ziemią. Tam… obumiera. Przechodzi proces uśmiercenia swojej pierwotnej formy. Zewnętrzna łupina pęka, wewnętrzne struktury rozpadają się i uwalniają energię dla nowego życia. Stare „ja” nasiona przestaje istnieć i tak powstaje nowa jakość. Gdyby nie ta ciemność, nie ten rozpad, gdyby nie ta przemiana, nie mielibyśmy kwiatów, drzew, owoców, warzyw, zielonej trawy, krzewów – wszystkiego tego, co nas żywi i przypomina nam o życiu.

 

Podobnie z człowiekiem. Gdy nie pobędzie w ciemności, w samotności, nie pęknie, nie załamie się, nie spieprzy czegoś porządnie, nie pozna swoich limitów, nie straci czegoś lub kogoś drogiego, nie obumrze, to nigdy nie urośnie. Nie rozwinie się. Nie będzie znał ani siebie, ani swoich granic, ani swych możliwości, ani swoich demonów, ani największych strachów, słabych i mocnych miejsc, ani swojego potencjału. Nie zmieni się. Nie udoskonali swojej formy. Prześlizgnie się przez życie, taki sam – mdły do porzygania, płytki. Bo ci, co w ciemności pobyli najdłużej, którzy wielokrotnie za życia umierali – to ci sami, którzy mają najmądrzejsze oczy, wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, cierpliwości, zaradności, kreatywności, wytrzymałości i otwarcia się na drugiego człowieka. Lubimy ich słuchać, przebywać wokół nich. Mówimy, że promieniują jakąś taką inną energią…

 

Owszem, są tacy, którzy na zawsze pod tą ziemią zostali. Pozwolili ciemności się zdefiniować. Nigdy nie wyszli poza fazę nasiona i tkwią tak do dziś, martwi za życia. Zgorzkniali, źli na świat. Bo to, jak do procesu umierania i przemiany podejdziemy, to kwestia decyzji. Nie tej jednej, wielkiej, ale tych setek małych. Tych drobnych kroków w przód, które zdecydujemy się postawić, gdy nam naprawdę bardzo, bardzo źle. Póki je stawiamy, to oznacza, że żyjemy. Martwi nie chodzą już nigdzie.

 

Bo pomyślmy – jak szybko tracimy wiarę, że będzie jeszcze dobrze, że znowu przyjdzie światło, kiedy siedzimy w życiowym mroku? Jak łatwo uwierzyć, że tak już zostanie, skoro nie widzimy wyjścia, prawda? A jednak – nasiono też nic nie widzi. Nie ma pojęcia, gdzie jest góra i o co to właściwie tutaj chodzi, ale rośnie, wbrew wszystkiemu. Nie walczy z ciemnością, tylko się przez nią przebija. Po prostu jest. Jest. Tyle wystarczy. I my też tak możemy. Tylko trzeba w sobie coś uruchomić – odrobinę wiary, drobinę zaufania zamiast obsesyjnej potrzeby zrozumienia, ogarniania i kontrolowania każdego procesu. Bo są takie procesy, których nie da się przyspieszyć i przejść przez nie na skróty. I to są właśnie te, które zamieniają nas w lepszą wersję nas samych.

 

Zapytajcie mistrza kung-fu ile razy ćwiczył ten sam cios zanim stał się mistrzem.

Primabaleriny ile razy krwawiły jej stopy, zanim wykonała daną figurę poprawnie.

Chirurga ile razy miał ochotę rzucić wszystkim po kolejnej utracie pacjenta. 

Rodzica, ile razy miał ochotę uciec od swoich obowiązków.

 

I jeszcze taki moment na samoanalizę. Zastanawialiście się kiedyś, co w Was umarło?

 

Może umiejętność cieszenia się kolejnym dniem? Wstajemy, rzucamy "Żesz qurwa, jeszcze ciemno, a ja do roboty..."  Zapominamy, że wielu nie wstało. Ewentualnie muszą poczekać na opiekunów, by przyszli i wyciągnęli ich z łóżka specjalnymi podnośnikami.

 

A może umarła w nas umiejętność kochania samych siebie? O wszystko się martwimy, o wszystkich potrzeby dbamy, a siebie stawiamy zawsze na końcu, w szarej dupie. Odpoczywamy, gdy jest porobione, nie gdy jesteśmy zmęczeni. Leczymy się, gdy dostaniemy wolne, nie gdy jesteśmy chorzy. Uśmiechamy się, bo wypada – nie, gdy czujemy, że chcemy. Wydajemy pieniądze na wszystko i wszystkich. Gdy jednak na siebie, to z wyrzutem sumienia. I potem chcemy, by inni nas kochali i szanowali, skoro my nie szanujemy i nie kochamy siebie.  A tu nawet w samolocie przykaz - gdy spadnie poziom tlenu, maskę załóż najpierw sobie. By...? By móc pomóc innym. Logiczne? 

 

Może umarła nam zdolność dostrzegania człowieka w człowieku? Pamiętania, że każda osoba spotkana na naszej drodze czuje dokładnie tak jak my. Boi się, zastanawia, stresuje, walczy z kompleksami, ma nadzieję, wspomnienia, marzenia. Tak, nawet ta ruda franca, co wszystkich obgaduje. Widocznie w niej obumarła pewność siebie. Dokarmia ten swój brak skupiając się na innych i komentując ich życie, zamiast skoncentrować się na swoim. Nie oceniaj, zrozum. Może pomóż? A jak się nie da, odejdź na bezpieczną odległość. Ale nie osądzaj, bo nie wiesz wszystkiego. 

 

A może wiara w siebie? Bo gdzież ja się będę po 40-tce na studia pchać... gdzie ja się tam nowego języka nauczę na starość. Gdzie prawo jazdy koło 50-tki? Kto mnie tam będzie taką chciał… Niby jak wygram ten przetarg, tyle innych zgłoszeń... Ten egzamin jest nie do zdania… Ten ból jest nie do pokonania. Ta strata jest nie do przejścia. To wyzwanie nie do przeskoczenia. Choroba nie do zwalczenia, i tak dalej. 

 

Ciemność to tylko faza i jak każda faza – jest nie tylko potrzebna, ale i tymczasowa. A my czynimy ją nie okresem przeznaczonym na wzrost poznanie samych siebie, ale naszym ustawieniem fabrycznym.  Definiujemy całych siebie, nasze życie, możliwości. Kiedyś się nie udało? To się nigdy nie uda. Zostawił mnie? Inni na pewno też zostawią. Odeszła? Wszystkie przecież odchodzą. Oblałem? Znów na pewno obleję, po co więc próbować…

 

Naprawdę... nie zostaliśmy stworzeni na pośmiewisko, ale na podobieństwo boże. Nie mylmy tych dwóch pojęć.  Trzeba aktywować w sobie światło, a potem… alleluja!! I do przodu!! 

 

Tako rzekę wam ja, Karol. Bo jak zostanę papieżem, będę urządzać obowiązkowe sesje siedzenia w ciemności. Tydzień może, by człowiek mógł poznać samego siebie nieco lepiej, wyciszyć, skupić, zrozumieć i zakwitnąć. Będę też grzebać w ludziach w poszukiwaniu tych trupów – tego co w nich umarło – by im w duszach nie śmierdziało padliną. By im serca mogły bić swobodnie. By mogli wziąć głęboki oddech i pamiętać, że ta ciemność, ten strach, ta pustka – to nie na zawsze. To tylko okres przejściowy, w drodze do światła i samoodrodzenia.


_________

In English HERE:

https://karolinazurart.com/blog/f/easter-%E2%80%93-a-treatise-on-darkness


niedziela, 13 kwietnia 2025

SŁOWA, KTÓRE PISZĄ NASZ LOS



 Byłam nadpobudliwa – tak mówili. Zawsze miałam za dużo energii (jak na ogólnie przyjęte standardy). Nie umiałam usiedzieć spokojnie, czy skupić się na dłużej. Wierciłam się, podskakiwałam. Łapałam mnóstwo srok za ogon i robiłam wiele rzeczy naraz. Wyobraźcie więc sobie reakcję moich bliskich, gdy pewnego dnia poinformowałam ich, że będę się uczyć grać na skrzypcach. Taki wymagający instrument, prawda? Trzeba dyscypliny, codziennych, żmudnych ćwiczeń. Skąd u dziecka z taką osobowością taki pomysł? Jakim cudem będzie ono w stanie to zrobić – na pewno przyszło im to na myśl, co nie? Bęben se kup i po nim wal, a nie skrzypce – może nawet poszli w tym kierunku. Na moje szczęście nie nakarmili mnie tymi wątpliwościami. Nie wiedziałam, że jestem za mało skupiona i zbyt nadpobudliwa, by się nauczyć, więc uczyli mnie, wspierali, a ja się… nauczyłam. Mało tego, grałam potem przez całe lata, podróżując z moimi zespołami. 

 

Jest taka siła, która kieruje nami w życiu. To ona sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy, że robimy to, co robimy i dokonujemy danych wyborów. Moglibyśmy sądzić, że to kwestia naszych preferencji. Tego chcesz? No to to zrób. Tamtego nie chcesz? To tego nie rób, nie wybieraj. Brzmi prosto, prawda? Ale to błędny trop, bo punkt wyjściowy naszych decyzji i zachowań nie tkwi w tym czego chcemy, ale znacznie głębiej.

 

Czyli gdzie? Źródłem naszych wyborów nie jest to, czego chcemy, ale to kim… jesteśmy. Nie ma bowiem potężniejszej siły napędowej wewnątrz nas niż instynkt przetrwania oraz potrzeba spójności naszych zachowań z tym, co o sobie myślimy (nawet jeśli dzieje się to na poziomach podświadomych niestety). Podążamy więc za naszą tożsamością. Tym, jak siebie definiujemy. Stąd jedynie krok do tego, jak ukształtuje się nasza osobowość. A nasza osobowość nadaje kształt naszej rzeczywistości. Chcesz zmienić swą osobistą rzeczywistość? Najpierw zmień osobowość. 

 

Przykład?

Mamy dwie osoby, A oraz B, a każda z nich definiuje siebie inaczej i karmi się odmiennymi przekonaniami. Popatrzmy:

 

A.

• Nie lubię się kłócić

• Ćwiczę, lubię się ruszać

• Kocham zwierzęta

• Jestem osobą sukcesu, uda się mimo przeszkód

• Jestem zwycięzcą – mimo wszystko

• Bywam zmęczony 

• Działam mimo strachu

• Umiem kontrolować to co jem

• Biorę odpowiedzialność za swoje czyny

B.

• Wszyscy się czasem kłócą

• Ćwiczenia to nie dla mnie

• Nie znoszę zwierząt, śmierdzą i brudzą

• Nigdy nic mi się nie udaje, nawet nie będę próbować

• Jestem ofiarą. Wszystko mi się przytrafia…

• Nie mam na nic siły

• Boję się, strach mnie blokuje

• Ja to zawsze zajadam stresy

• Wiesz, że to twoja/ich/jego/jej wina…

 

Osoba A będzie dążyć do rozmowy i kompromisu. Osoba B postawi sprawy na ostrzu noża, byle wyszło na jej. Osoba A będzie się starać, będzie próbować. Upadnie? To się podniesie.  Popełni błędy? To je naprawi. Nauczy się czegoś przy okazji, a może i pomoże innym zbudować samych siebie. Osoba B niewiele zrobi, dużo się nagada, obwini wszystko i wszystkich wokół by wyjaśnić bardzo dokładnie, dlaczego się nie da. Bo „hehehe, tak już mam, wiecie, ten świat taki ciężki, a ludzie to już w ogóle. O moich chorobach i problemach to już nawet nie wspomnę…”. 

 

Osoba A ugotuje obiad, zje, pójdzie na spacer. Nakarmi psa, kota, może nawet takiego adoptowanego. Ptakom w zimie wystawi karmnik. Pomoże innym. Osoba B kupi sobie burgera i frytki, usiądzie przed TV, obejrzy wszystko co leci, późno się zrobi, więc się nie ruszy, a zresztą plecy bolą, kolana jakieś takie zastałe (bo mają się magicznie rozruszać na tej kanapie). Kupi sobie gacie o rozmiar większe. Podjedzie do sklepu na rogu samochodem, bo za daleko by iść nogami. Przełknie kolejną tabletkę na cukier. Przeje pączkiem. Z psem nie wyjdzie bo psy śmierdzą, gryzą. Koty są fałszywe. Ptaki drażnią, spać z rana nie dają. Ludzie sami sobie są winni, że są w ciężkiej sytuacji (osoba B jest wyjątkiem od tej reguły). W ogóle wszystko to takie jakieś popieprzone…

 

Moje pytanie: z którą z tych osób chcielibyście się zaprzyjaźnić? Budować rodzinę? Iść na wojnę?

 

Inny przykład?

 

Mamy dziewczynkę. Powiedzmy, że Zosię. Chciałaby zostać lekarką. Bardzo chce. Tak bardzo, że ćwiczy codziennie, leczy lalki, osłuchuje misie, przymierza kitel dla dzieci. Czuje się lekarką. Ale ma wokół ludzi, którzy tego nie czują i mówią – aaa, ona to nie ma cierpliwości. Zaczyna i nie kończy, a na medycynie to trzeba się uczyć latami, mieć dyscyplinę, a ona nie ma. Takie studia to kosztują, a my to nie bardzo mamy pieniądze, wiecie, nasza rodzina do zamożnych nie zależy. Ciężko się dostać. Większość się nie dostaje. Trzeba w łapę dać. Życia prywatnego taki lekarz nie ma, wszystko trzeba poświęcić. Zosia staje się Zofią. Do szkoły chodzi, maturę będzie miała niedługo, ale nie z chemii, nie z biologii, by zdawać potem na medycynę. A wiecie dlaczego? Bo Zofia wie, że i tak by się nie dostała. Bo większość odpada w przedbiegach. A potem to tyle nauki, cierpliwości, dyscypliny, a ona jej przecież nie ma. Nie kończy tego, co zaczyna. „Tak już mam. Taka już jestem…” – rzuca z głupawym uśmiechem, by samą siebie usprawiedliwić, dlaczego postanowiła zdawać na księgowość. I żeby nie było – nie ma absolutnie niczego złego w byciu księgową. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, że mała Zosia chciała być lekarką. Ona już nawet nią była – w sercu, w głowie – ale potem inni ją przekonali, że nią nie jest, więc nią nie została.

 

Ewentualnie w drugą stronę. 

Chłopca mamy, dajmy na to, że Piotrka. Urodził się z wadą serca. Od dziecka szpitale, operacje, obserwacje, leki, zabiegi, diety, ograniczenia. Skrajnie zaopiekowany i wychuchany, ale on… kocha sport. I mówią mu wszyscy wokół – z dobrego serca i troski najprawdopodobniej – uważaj Piotruś. Nie skacz, nie biegaj, nie stresuj się, nie przeciążaj. Nie będziesz atletą, oj nie będziesz. Może ogrodnictwo? Golf może? Chory jesteś, wiesz. Trzeba się pogodzić. Słaby jesteś. Nie masz siły. Długo to on żył nie będzie (to z kolei za jego plecami mówią). A tu Piotrek się zawziął. Gra w tę piłkę. Bo on wie, że jest silny. Gdyby nie był, to by nie dożył do kolejnego treningu. Wie, że ma potencjał. Kocha tę piłkę kopać, obmyślać strategie, ćwiczyć technikę. On jest piłkarzem. Leki bierze. Odpoczywa. Ma etapy takie, że nie może grać, ale potem znów próbuje, i znów. Dorasta. I dorosły już Piotr szuka specjalisty od kardiologii sportowej, by go prowadził. Ćwiczy dalej. Decyduje się na wszczepienie defibrylatora. Krok to potężny, ryzykowny i Piotr by się może nawet nie zdecydował, ale wiecie, on wiedział, że jest piłkarzem. Tak mu podpowiadało serce. Bo choć chore, choć z wadami – tyle wiedziało od początku, a on posłuchał. I gra.  Bo jest piłkarzem.

 

Inne przykłady?

Powiedzmy na przykład zagorzałej feministce, która wierzy w to, że nie potrzebuje mężczyzny do szczęścia, że powinna poszukać sobie męża. Bo tak jej będzie lżej w życiu, bo sobie bez niego nie poradzi (ojojoj…) albo i zostanie sama ze swoimi kotami na starość. Co taka kobieta zrobi? Wyśmieje nas albo i się na nas obrazi. Wytłumaczy nam, o ile mniej ma stresu, roboty i hałasu wokół siebie bez mężczyzny. A potem nam pokaże, ile ma pieniędzy na koncie, takich własnoręcznie zarobionych. Bo realizuje siebie, swoje pasje, marzenia. I tak w ogóle to koty kocha. Nie pyskują, nie kłamią, nie zdradzają, nie odchodzą do innych, nie rzucają brudnych skarpet na podłogę. Czasem im się zdarzy na tę podłogę narobić, ale jak się je dobrze z kuwetą przetrenuje, to się uczą i więcej nie brudzą. A facet? To już inna historia…

 

Powiedzmy góralowi, który definiuje siebie jako osobę związana z górami, ze swymi korzeniami, zwyczajami, że tradycja jest nieważna. Że to, skąd się pochodzi, to nie ma żadnego znaczenia, że najlepiej by było zunifikować wszystko, by zminimalizować liczbę konfliktów powstających na tle kulturowym. Powiedzmy to a potem i nauczmy się prędko biegać. W przeciwnym razie możemy skończyć z ciupagą wbitą w zadek…

 

A jeśli Polakowi, który kocha wolność, nakażemy teraz mówić w innym języku i uznać czyjąś obcą władzę, to prędko się przekonamy, skąd się wzięły podziemne szkoły, tajne komplety i zbrojne powstania. Bo on wie, kim jest. Politycy swoje, a on swoje. I tak od wieków.

 

Mogłabym jeszcze wiele przykładów opisać, a wnioski będą te same: jeśli uwierzymy, że kimś jesteśmy, że jacyś jesteśmy, to tak będziemy się z zachowywać.  Jeśli chcemy coś zmienić w naszym życiu na stałe, musimy zmienić to, jak siebie postrzegamy i definiujemy, czyli naszą tożsamość. Tylko wtedy nasz mózg, nasze emocje, nasza cała neuro–chemia dostosuje się do tej wizji. Ciało nie walczy z tym, w co wierzy głowa (spytajcie kobiet, które doświadczyły ciąży urojonej).

 

Niestety, często definiujemy siebie poprzez słowa, które kiedyś usłyszeliśmy – może w dzieciństwie, kiedy byliśmy najbardziej chłonni na opinie i ich nie kwestionowaliśmy? Albo w momentach kryzysu, gdy potrzebowaliśmy zrozumienia i wsparcia, a dostaliśmy osąd? I on się sprzęgnął wówczas z tym, co w ciężkich momentach o sobie myślimy (czyli zazwyczaj nic pozytywnego) i tak już z nami został – jak nadprogramowe kilogramy, które przygniatają naszą duszę do podłoża, na którym należy stać twardo i stabilnie (i nie inaczej).

 

Nic z ciebie nie będzie. Jesteś za słaby. Głupi jesteś. Niegrzeczny. Niedobry. Pokraczny. Co się garbisz? Czemu się wiercisz? Wszyscy mężczyźni zdradzają. Wszystkie kobiety manipulują.  Muzyk to nie zawód, to hobby. Tylko ci, co ciężko pracują, do czegoś dojdą. Jesteś leniem. Nie umiesz się poruszać. Nie umiesz śpiewać. Za wolno czytasz. Brzydko piszesz. Nigdy tego nie pojmiesz. Jesteś za chuda. Jesteś gruby. Nikt ciebie nie będzie chciał.

 

Brzmi znajomo?

Nosimy takie bzdury w sobie i całe życie, robimy na nie miejsce w naszym wewnętrznym systemie, nie rozpoznajemy ich jako ciał obcych, z zewnątrz, myślimy, że to nasze i… staje się to częścią nas i potem rzeźbi nam życie. Przetwarzamy w głowie, w duszy, w ciele. Mózg tylko słucha i się dostosowuje... cała nasza biochemia, cały nasz kosmos wewnętrzny za tym podąża.

 

Teraz pomyśl: co ciebie najbardziej blokuje? Czy naprawdę jesteś tym, kim mówili, że jesteś? Co myślisz i mówisz o sobie samym? Czy twoja osobowość cię ogranicza? W kogo byś się musiał przeobrazić, by osiągnąć to, czego naprawdę chcesz?

 

Bo ja, wyobraźcie sobie, wiem, że jestem przyszłym papieżem. Zamierzam nim zostać, przygotowuję się do tej roli, przemyśliwam ją regularnie. Piszę swoje kazania (również regularnie). I choćby cały świat na mnie pokazał palcem i stwierdził, że zwariowałam, ja odpowiem – bardzo możliwe, ale ja nadal będę pisać. Być może świadczy to o tym, że jestem raczej pisarką… no ale przecież od pisarza do papieża, który dociera do ludzkich dusz – jest tylko krok.

 

Także tego…

____________________

👉In English / po angielsku:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-words-that-write-our-lives


 

sobota, 29 marca 2025

OGIEŃ


Chcieli ubrać mnie w swoje oczekiwania.
Spłonęły na stosie moich potrzeb. 

Chcieli owinąć mnie kokonem poprawności politycznej. 

Spopieliła go prawda którą głoszę bez ogródek. 


Chcieli pomalować mnie na swoją modłę. 

Spłynęły barwy sztuczne bo we mnie, rozgrzana do czerwoności, buzowała moja autentyczność. 


Chcieli obudować mnie zakazami.

Połamały się pod ciężarem moich kroków, gdy szłam jak zawsze własnymi drogami. 


Próbowali nakarmić mnie wiedzą jedynie słuszną. Faktami nie-do-podważenia.

Moja inteligencja wydaliła truciznę. 


Próbowali straszyć. 

Atakować. 

Ustawiać w szeregu. 

Wyśmiewać. 

Przegrali. 

Bo poza sobą samą—niewiele mam do stracenia. 


Gdziekolwiek podążam, 

Zabieram siebie ze sobą. 

Cokolwiek robię, ja to robię. 

Gdy uciekam, przed sobą nie ucieknę. 

Gdy wybieram, stoję w centrum mojego wyboru. 


Gdy siebie stracę, to nie ma mnie. 

A ja lubię być!

Być uparcie, czasem na przekór i wbrew. 


Zbudowali stosy. 

Chcieli mnie spopielić. 

A ogień palił….

Palił wszystko to, co mną nie było, 

aż docierał do rdzenia mnie samej. 

Niszczył piórka w które obrosłam. 

By moja istota choć naga i uwłaczająca oczom, które boją się prawdy

Nie zaprzeczała samej sobie

Na drodze pełnej miraży. 


Zbudowali stosy. 

Chcieli mnie spopielić. 

Nie wiedzieli, że ogień to… ja. 


🇬🇧 English version here:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-fire


piątek, 21 marca 2025

TWOJA KOLEJ, BOŻE


Gdy trudno tak, że już bardziej nie może, pomóż mi, Boże.  
I gdy nie działa mówienie do ludzkiego ucha, ty mnie wysłuchaj. 
Bądź tam gdzie nikogo dla mnie nie ma,

gdy trzęsie mi się ziemia, a w posadach wali wszystko, w co wierzyłam. 

Ty mnie podtrzymaj.

Za rękę mnie weź i prowadź. 

W ciemności jak kot pewne kroki stawiasz i nie zostawiasz

tych co nie rozumieją, gdzie prowadzi ich droga 

i winią ciebie, Boga... 

Ty ich rozumiesz, więc mnie zrozum teraz

gdy jestem o krok by powiedzieć, że nie idę więcej. 

Trzęsą mi się ręce,

Ogląd świata drży, także... twoja kolej. 

 

Powiedz: niech będzie światło, bo się czasem boję.

Powiedz: niech będzie dobrze. I będzie, bo wiesz

że się przecież w ciało zmienia wszystko to co chcesz.


Ja tu nie chcę narzekać, znasz mnie wszak od lat.

Ale trudno cicho siedzieć, gdy się wali świat. 

Mówisz - on się nie wali, tylko kształty zmienia

Byśmy mogli pojąć lepiej nasz tu sens istnienia.

Ja wiem, wiem to wszystko. Tylko czasem czuję

jakbym chciała ci wygarnąć, że nie współpracujesz.

Co to za współpraca, gdy przy ciężkiej próbie

wiarą każesz góry dźwigać, a ja się tu gubię!

Powiem znów za dużo, czasem sobie przyklnę, 

pobluzgam, popłaczę albo nawet krzyknę. 

Potem pójdę do ciebie. No i co ci powiem...? 

Wybacz mi wszystko bom człowiek tylko, a ty jesteś Bogiem?

 

A Bóg, jak zwykle, siedzi, słucha i się śmieje.

- Kiedy czujesz - mówi - że chyba szalejesz, to pamiętaj, 

że góry co to chcesz przenosić, 

nie są do noszenia. 

Na nie trzeba… wcho-dzić!

A gdy sił ci braknie na twoje mozoły, 

to ja cię podsadzę lub wyślę anioły. 

Tylko skup się, patrz w górę, tam twój cel, aż w niebie.

Łatwo drogę pomieszać gdy wciąż zerkasz za siebie... 


–––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––


👉 In English / po angielsku:

https://karolinazurart.com/blog/f/a-shout-at-heaven



niedziela, 16 marca 2025

STAROŚĆ CZY RADOŚĆ? – Z PAMIĘTNIKA MATKI POLKI

Antoni, 4 lata


Poranna konwersacja o czasie i przemijaniu ( tudzież przeginaniu). 

Antoś siusia SAM. 

- Pomóc ci, synku? - pytam w,dobrej wierze,  pamiętając o atakującej desce klozetowej. 

- Mamoooo..  nie jestem już dzieckiem,  przestań mnie niańczyć - rzecze mi dzieć na dzień przed swymi  4 urodzinami.

- Nie jesteś dzieckiem?  - dopytuję.

- Nie, jestem już duży. 

- Acha.  Duży.  Ciekawe,  co będziesz mówił za dwadzieścia lat...

- Wtedy będę stary,  jak ty.

I teraz pytanie: trzasnąć deską,  czy docenić szczerość? 


In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/morning-musings-time-growing-up-and-the-notorious-toilet-seat

piątek, 14 marca 2025

ROZMOWA Z ANIOŁEM STRÓŻEM


Karol:  Witaj, mój Aniele, sprawę mam do ciebie. Słyszysz mnie, czy może znowu  jesteś w niebie?

Anioł: Słucham, słucham ciągle. 

K: Ale coś z wysoka...

A: Obok stoję.

K: Jaaaasne....

A: Nie spuszczam cię z oka.

K: No, skoro tak twierdzisz, 

to wytłumacz przy tym, 

czemu mam dziś cały lewy bok obity?

A: Bo spadłaś ze schodów.

K: A gdzie wtedy byłeś? I zamiast mnie pilnować, co wtedy robiłeś?

A: Hej, ja próbowałem. Ale nie słuchałaś. Klęłaś, biegłaś głupio, w komórce grzebałaś...

K:  Uch, dzień był koszmarny, nerwy mi puściły. Ty nie pocieszyłeś, mój aniele miły.

A: Przecież ja mówiłem - koniec stresu bliski. Ale nie słuchałaś, bo trąbiłaś whiskey…

K: Tak, to prawda—piłam, żeby strach zagłuszyć.

A: No to teraz będzie ciebie trochę suszyć...

K: Serio? Ja wracałam tylko w jednym bucie. 

To jest właśnie słynne anielskie współczucie?

A: A czemu mam współczuć, gdy człowiek jak gapa o pomoc nie prosi, tylko sam chce latać? Skrzydła moje duże, mogę cię podrzucić, ale nic na siłę, ty wolisz się kłócić. Wolną wolę, rozum dostałaś w pakiecie. Przecież się nie będę narzucał kobiecie...

K: A jak mnie okradli, to też obok byłeś?

A: No jasne, że byłem i wszystko robiłem byś się zatrzymała, poczekała chwilę, aż złodziej odejdzie choćby i na tyle, by nie dostrzec, że się o kłopoty prosisz i portfel miast w torbie, to w kieszeni nosisz. 

K: Jakoś nie widziałam, byś mnie zatrzymywał.

A: No a ten bezdomny, co cię zagadywał?

K: To ty mu kazałeś?

A: Nie, to ja nim byłem. Ta twoja pogarda... nie tak cię uczyłem...

K: Nie tak? To jak niby?

A: Że co siejesz, zbierasz.

K: Ano, jest w tym prawda...

A: I gupio ci teraz? 

K: Głupio, muszę przyznać. Lecz co mam poradzić, że mnie tak pokracznie przez życie prowadzisz?

A: Jak mam cię prowadzić, kiedy ciągle lecisz? O pomoc nie prosisz i wciąż gdzieś się spieszysz? Nie słuchasz też siebie, ciągle hałas w duszy. Albo stres jak wata, on wszystko zagłuszy. Każdy szept anioła, wszystkie dobre słowa...

K: To nie ja, to życie! Czasem boli głowa od nadmiaru tego, co jest do zrobienia. Jak mam cię usłyszeć?

A: Naucz się milczenia.

Zatrzymaj się czasem, wyłącz rozum, myśli. Zwracaj też uwagę na to, co się przyśni. Słuchaj częściej tego, co ci mówi serce.

K: To trudne!

A: Ok, wcale... Tylko ci się nie chce.

K: Mów głośniej po prostu. Nie słyszę inaczej. Może mam coś z uszami...

A: Chyba z duszą raczej. Ja nie wrzeszczę, mam klasę. Ja szepczę do ducha. I nic nie poradzę, kiedy nie chesz słuchać.

K: Ja przynajmniej próbuję, a są tacy w świecie, co wcale nie wierzą, że wy istniejecie!

A: Karol, ja cię proszę, ty się puknij w czoło. Takich rzeczy nie mówi się przecież aniołom...

K: Spokojnie, ja wierzę, że jesteście z nami. Ale są wciąż tacy święcie przekonani, że prócz nas nic nie ma. 

A: Bo patrzą oczami. Zamykają serce, biją się z myślami. Ciągle drążą, co było, co się zaraz stanie. Nie ma ich tu i teraz. Potem załamanie i szukanie winnych—a najlepiej w niebie, zamiast się zatrzymać i spojrzeć w głąb siebie. 

K: I takie to proste? Patrzeć częściej w siebie? A jak dystans zmniejszyć między ziemią i niebem?

A: Miłość. 

K: I co dalej? 

A: Nic dalej. To wszystko. Niebo zostaw ptakom. Anioły są blisko. 


In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/a-talk-with-my-guardian-angel

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...