niedziela, 27 kwietnia 2025

WIECZÓR Z SZATANEM




Było już późno. Dzień, który zostawiłam za sobą należał do tych, które sprawiają, że zaczynamy pytać samych siebie, po co do cholery w ogóle z tym życiem się szarpiemy...


Usiadłam na kuchennym krześle, otworzyłam wino. Ciężko dziś było, oj ciężko… Wsłuchałam się w puls miasta za oknem.

Pierwszy kieliszek wychyliłam haustem, a niech tam…


Nagle powietrze wokół zgęstniało. Już wiedziałam – to on.

Zawsze pojawiał się, gdy ziemia mi się trzęsła.

Przysiadł na drugim krześle, jakby był u siebie.

On wszędzie był u siebie, tak przynajmniej się zachowywał.

Posłał mi uśmiech numer siedem. W dłoni zabłysła mu szklanka whisky. Uniósł ją w geście toastu.


– Jak się dziś miewa moja dama? – rzucił swoim firmowym tonem, od którego robiło się człowiekowi cieplej wokół serca. – Coś nie w humorze, widzę…


– Nie tylko widzisz, ale i wiesz. Po co się głupio pytasz… – burknęłam mało uprzejmie.


Nie obraził się. Nigdy się nie obrażał.

Oparł się wygodnie i uśmiechnął leniwie.


– Dlaczego tu jesteś? – spytałam wprost. – Dlaczego zawsze przychodzisz, gdy mi naprawdę źle?


– Bo wtedy właśnie najbardziej potrzebujesz towarzystwa – odparł po prostu.

– Jesteś ostatnią osobą…

– Tylko nie osobą… – uniósł palec wskazujący. – I nie zapieraj się tak. Jestem zawsze, gdy zaczynacie zadawać sobie pytania, na które nikt nie chce odpowiedzieć. Te o sens. O cel. O was samych.


– Ale ty nie przychodzisz, by na nie odpowiedzieć. Ty przychodzisz, by zasiać zamęt – spojrzałam mu prosto w czarne tęczówki.


Wzruszył ramionami nonszalancko.


– Bo to są najciekawsze momenty – nachylił się lekko, spojrzenie błysnęło przewrotnie. – A ja lubię pytać.


– Chaos lubisz. Jesteś mistrzem chaosu… – upiłam łyk wina.


– A ty już nie bądź taka pokojowo nastawiona. Widziałem cię w akcji nie raz, nie udawaj, żeś taka święta… – odparował.


– Na pewno bardziej od ciebie – bąknęłam w kieliszek.


Usłyszał. Zawsze wszystko słyszał.


– No i tu się mylisz. Ja jestem… to znaczy byłem jednym z najwyższych aniołów. Cherubem byłem…


– …byłem, ale się upodliłem… – zakpiłam.


– Ty zawsze tak poniżej pasa? – skrzywił się.


– Nie zawsze. Ale dziś nie jestem w najlepszym nastroju, a ty przyszedłeś mnie chyba tylko dobić…


– O, nie, nie – zaśmiał się. – Ja was, ludzi, dobijać nie muszę. Z tym to sami sobie doskonale radzicie. To nie moja działka.


– To po co jesteś? Jaka ta twoja działka? – wstałam, by dolać sobie wina.


– Jestem Lucyfer. Ten, który niesie światło – powiedział tak jakoś cicho, ale gdy to mówił, oczy zabłysnęły mu przedziwnym blaskiem.

Na ułamek sekundy dosłownie, lecz błysk ten odbił się w moim kieliszku, gdy ponownie usiadłam przy stole.


– Znam oficjalne definicje – westchnęłam zirytowana. – Wiesz, ile razy zadałam ci to pytanie? Nigdy nie odpowiedziałeś wprost.

Zastanawiałeś się kiedyś, czemu cię nie zabił? Wiesz… gdy się zbuntowałeś? Odwróciłeś od Niego?


Milczał przez dłuższą chwilę, jakby trawił coś ciężkiego do strawienia. Wiedziałam, że trafiłam w czuły punkt. Nie lubił o tym rozmawiać. Gdy jednak ponownie na mnie spojrzał, w jego oczach znowu czaiły się figlarne i cyniczne błyski.


– Chcesz wiedzieć, to ci powiem – spojrzał na mój znowu pusty kieliszek, a ten napełnił się winem.

Obok pojawiła się moja ulubiona czekolada. Owszem, wiedział, jak mnie wodzić na pokuszenie.


– Jestem, bo Tata nie unicestwia żadnego z bytów, które powołał, jeśli mają cel i pełnią konkretną rolę. Jestem mu potrzebny.


— Tak? — uniosłam kącik ust w kpiącym uśmiechu.


— Tak — on też się uśmiechnął, nieco kwaśno. — Ktoś musi być kontrapunktem.

Ktoś musi mówić: sprawdź, kiedy wszyscy krzyczą: po prostu wierz. Ktoś musi przypominać człowiekowi, że dostał na starcie rozum i wolną wolę. Ja pokazuję opcje, by człowiek, kierując się rozumem, mógł wybrać.

Jego wybory mówią o nim wszystko.

Definiują, kim jest i gdzie przynależy.

Wolna wola. Wybór…

Wiesz, Tata nie chce być kochany, bo tak trzeba, albo dlatego, że człowiek boi się postąpić inaczej. On chce być świadomie wybrany spośród wszystkich innych możliwości, jakie stworzył.

Tylko wolny umysł może naprawdę kochać.

Chyba się ze mną zgodzisz…


— No przecież się z tobą nie kłócę — puściłam do niego oczko.


— Czyli, że tak uściślę: twoja rola to pomaganie Bogu, by zobaczył, kto naprawdę go kocha — rzuciłam nieco sceptycznie.


— Nie. On to wie.


— A nam od dziecka wmawiają, że ty jesteś tutaj po to, by nas kusić. By nas przeciągnąć na swoją stronę i zdobyć nasze dusze, byśmy zostali na wieczność potępieni — wyrecytowałam.


— A na co mi one… — machnął ręką.


— Na jajco — przewróciłam oczami. — Ciężko się z tobą czasem rozmawia, wiesz?


— Dlaczego? To ty cytujesz z jednej książki, oczekując, że w ten sposób cokolwiek zrozumiesz — odparował.

— Ja nie mam na celu nazbierania sobie jak największej ilości ludzkich dusz.

Ja nie chcę ich mieć. Nie chcę ich też zniszczyć, bo to w zasadzie niemożliwe. Dusza jest wieczna, niezniszczalna.


— To i o co ci chodzi? — rozumiałam z tego coraz mniej.


— O rację — odparł i wyszczerzył zęby w uśmiechu.

— O to, że zawsze miałem rację.

O to, że gdy się buntowałem przeciw Tacie i jego pomysłom, by obdarzyć istotę tak marną, że zwyczajny komar może ją skończyć, czy bakteria… by kogoś takiego wyposażyć w światło wieczne? Duszę, która jest Jego tchnieniem? Tym samym, które tworzyło światy? By dać to wam, a do tego dołożyć wolny wybór? Byście mogli niszczyć wszystko to, co wam podarował? A my, aniołowie, mieliśmy komuś takiemu służyć?!

No powiedz, że widzisz w tym jakikolwiek sens!

Non serviam! — pacnął dłonią w blat stołu.


Przestrzeń wokół mnie stężała.

Wypełniła się zapachem ozonu.

Zawsze tak pachniało, gdy się denerwował.


— Wybacz. Poniosło mnie — opanował się równie szybko, jak zagotował.

Ujął moją dłoń i ucałował. Miał maniery.


— Nie ma problemu. Znam twoje poglądy — tym razem to ja posłałam mu oczko.

— Czyli co… twój młodzieńczy bunt przeciw Ojcu przeciągnął ci się na wieczność? — wbiłam szpilę.


Spojrzał na mnie brzydko, ale zignorował przytyk.


— Wciąż pełnię tę samą rolę — kontynuował, jak gdyby nigdy nic. — Jestem specem od oświetlenia.


— Ta… elektryk się znalazł… — zakpiłam ponownie, bo rozbawił mnie tym stwierdzeniem.


— Bardzo zabawne — postukał się w czoło. — Ja światów nie stwarzam. Ja je tylko… oświetlam. Pokazuję perspektywę.

Bo widzisz, wszystko, co istnieje, może być postrzegane co najmniej na dwa sposoby: ten pozytywny i ten negatywny.

Dziecko zawaliło pół kuchni, próbując coś ugotować? Można spojrzeć na to z dumą – że próbuje, że chce się uczyć. Można pomóc posprzątać, pochwalić.

A można skupić się na bałaganie i założyć, że nie przyłożyło się jak trzeba, i ukarać.

Mama zapomniała o naszym koncercie? Można uznać, że była zapracowana, zmęczona, pomyliła daty. Ale na pewno nas kocha.

A można pomyśleć, że ma nas gdzieś. Że wszystko inne było dla niej ważniejsze.


Bo wiesz, ja zawsze zapytam: czy na pewno?


Wszystko ma co najmniej dwie strony.

A ja sobie siedzę gdzieś pomiędzy i dyryguję tą orkiestrą głupców.

Przedstawiam rzeczy i sprawy w odmiennym świetle, by człowiek sam zobaczył, co w nim siedzi. Oświetlam takie miejsca w ludzkiej duszy, które chciałby zostawić nieodkryte.

Wyciągam spod dywanu to, co tam sobie skrzętnie schował. Tylko tyle – i aż tyle.

To wystarczy, by zaczął kwestionować siebie, swoją wartość, to, czy jest w ogóle warty miłości, warty czegokolwiek…

By zaczął odchodzić dalej i dalej od Stwórcy, który jest pewnością. Początkiem i końcem wszystkiego. Mocą stwórczą i energią życia.

A gdy odejdzie się od Niego wystarczająco daleko, by przestać słyszeć Jego głos, wtedy słyszy… mój.


— Oj tak… — westchnęłam.


— Tata zawsze miał swoją wizję.

Ja z kolei zawsze miałem mnóstwo pytań i tak mi zostało. Lubię kwestionować. A ludzie?

Ludzie naprawdę nie są trudni do sterowania.

Orkiestra głupców…


— I znowu nas obrażasz…


— No nie mam do waszej rasy zbyt wiele szacunku, co ci będę kłamał…


— A akurat w tym także jesteś podobno mistrzem — wytknęłam.


— Mistrzem kłamstwa? — przysięgłabym, że usłyszałam w jego tonie politowanie.

— Ja nie kłamię. Nigdy. Nie muszę.

Wiesz, co wystarczy człowiekowi, by sam siebie oszukał, by się stoczył?

By sam siebie wykończył?

Zniszczył to, co budował?


— Co takiego?


— Wątpliwość.

To od niej zaczyna się wszystko, co odciąga człowieka od Boga.

Ja nie niosę zła. Macie je w sobie.

Zło rodzi się w waszych cichych kompromisach. W rzeczach, które robicie z przymrużeniem oka. Albo w imię większego dobra. Ja was nawet nie muszę kusić.

Ja tylko pytam: jesteś pewien?

Na pewno tego chcesz?

Na pewno potrafisz?

Na pewno cię kocha?

Na pewno nie zdradza?

Czy warto?


Wątpliwość wystarczy, byście walnęli głową w ścianę z własnego strachu, niepewności i zaczęli niszczyć siebie, tych, których kochacie, i swoje własne projekty życia.


— No… coś w tym jest — musiałam przyznać.


— Oj, jest — zachichotał. — A pamiętasz pramatkę? Słynną Ewę i jej wpadkę?


— No chyba wszyscy tę historię znamy…


— Właśnie. Wtedy pokazałem Tacie, jak niedoskonały jest człowiek. Jak chwiejna jest jego miłość, wierność i posłuszeństwo.

Drzewo poznania – wiedziała, że nie wolno jej z niego jeść. Zasada była jasna jak słońce.

Ja tylko spytałem: a czy na pewno?

Tyle wystarczyło, by zaczęła kwestionować siebie i samego Boga. Potem już poszło…


Uśmiechnął się z zadowoleniem i upił duży łyk whisky.


— Ja również jestem człowiekiem. Duszą wieczną obleczoną w ciało. Istotą, której tak nie znosisz.

Czemu więc w ogóle mnie odwiedzasz? Po co ze mną rozmawiasz?

Myślisz, że mojego ducha również odetniesz? — uniosłam brwi kpiąco.


— Widzisz… — spojrzał na mnie spod oka. —

Z wami, wiedźmami, sprawy się mają nieco inaczej. Wasze dusze są w Nim świadomie ukorzenione. Związane mocno z Jego energią.

Owszem, błądzicie, czasem odchodzicie, ale nigdy na długo i nie na tyle daleko, by stracić to połączenie. Wy nie szukacie planu B, bo wiecie, że to nie ma sensu.

Wy Nim pulsujecie. Jesteście mocno sprzęgnięte z wszystkim, co powołał do życia.

Intencjonalnie operujecie tą energią.

Wiecie, że jesteście częścią większej sieci, całości zintegrowanej w sposób tak genialny, że aż boski.

Tylko On tak potrafi.


— Mówisz o Nim tak pięknie, że ktoś mógłby pomyśleć, że nadal Go kochasz… — wyrwało mi się.


Lucyfer zaśmiał się smutno.


— Nigdy nie przestałem. Przecież ja również jestem z Nim połączony. Od eonów i na wieczność — odparł szczerze.


— No to dlaczego nie spróbujesz z Nim pogadać? Wytłumaczyć? Wrócić do Niego? — nie rozumiałam jego oślego uporu. Pokazał mi jednak, że ja, operując na poziomie ludzkim, mało rozumiem boski.


— Przecież ja nigdy od Niego nie odszedłem — prychnął rozbawiony.


— No ale napisane było wyraźnie, że strącił cię do otchłani! Więc jak to?


— Tak to. Nie strącił mnie do żadnej otchłani.

Zdjął mnie z piedestału i wysłał między was, istoty, którymi pogardzałem. Bym nauczył się was i zrozumiał na tyle, by pełnić moją funkcję.


— Księcia ciemności, pana piekieł… — podpowiedziałam, czym znowu go rozbawiłam.


— On jest, który jest. Ja także jestem, który jestem. Rozumiesz?


— Ani trochę…


— Szatan. Śātān. Przeciwnik. To nie imię, to funkcja. Chciałem być Nim. Nie rozumiałem, że nie mogę być Nim, bo wszystko, co istnieje – ja też – jest Jego częścią. A próbowałem ten porządek zburzyć. Dlatego kazał mi się sprzeciwiać. Na wieki…


Spojrzał na mnie, a smutek w jego czarnych oczach był głębszy niż najgłębsza otchłań piekielna.


Wstał.

Zapiął guziki swojej koszuli.

Każdy jego ruch był tak płynny, że wyglądał jak choreografia.


— Dlatego tu jestem — dodał. — Żeby zapalić wszystkie światła i zostawić cię na rozdrożu. Wybór należy do ciebie. Zawsze do ciebie…


Odwrócił się, zmierzając ku wyjściu.

Zatrzymał się jednak w pół kroku, jakby przypomniał sobie coś istotnego.


— Pamiętaj — rzucił przez ramię. —

Prawdziwe piekło to nie miejsce.

To stan, w którym zdajesz sobie sprawę, że sama wybrałaś drogę, od której nie ma już powrotu.

Stan, w którym nie ma już wyboru.

Piekło nosisz w sobie.

I to wyłącznie kwestia twojej decyzji, czy je aktywujesz, czy też nie.

Ja swoje aktywowałem…


I zniknął.

Jak cień, który nigdy nie powinien mieć imienia.


A ja siedziałam w półmroku, z pełnym kieliszkiem i głową pełną myśli.


— Błogosławieni cisi, którzy nie zadają pytań, jeśli nie są gotowi na to, by unieść odpowiedzi… — szepnęłam w przestrzeń.

Po czym odezwałam się do Szefa na Górze:

— Zabrałeś mu prawo powrotu i wyboru, a nam nie… choć my, ludzie, potrafimy wybierać najgłupiej, jak tylko się da, i Ciebie porzucić.

To dopiero jest miłość… — pokręciłam głową z niedowierzaniem.

— Błogosławieni ci, którzy mają wybór…


 🇬🇧In English /po angielsku:

https://karolinazurart.com/blog/f/an-evening-with-satan

niedziela, 20 kwietnia 2025

WIELKANOC – CZYLI TRAKTAT O CIEMNOŚCI

    

    
        

Gdy patrzę wstecz, to dochodzę do wniosku, że najcięższe okresy w moim życiu miałam nie wówczas, gdy działy się rzeczy trudne do przejścia, lecz wtedy, gdy nie wiedziałam jak przez nie przejść. Przejść, czyli pójść dalej i nie tkwić w tym ciemnym punkcie. Bo odnosiłam wrażenie, że wyjścia nie ma. Że w którąkolwiek stronę ruszę, i tak niczego nie rozwiążę. Były to jednak te okresy, które ukształtowały mnie najmocniej, bo nie dość, że wyjście pojawiało się samo, jakby mimochodem – jakaś osoba, jakaś konwersacja, układ zdarzeń z pozoru bez znaczenia – to jeszcze po drodze uświadamiałam sobie jedno: jestem. Wyszłam z tego. Stoję na dwóch nogach, a przyjaciele nie muszą przemycać mi wina na oddział zamknięty. A skoro przez TO przeszłam, to już naprawdę, naprawdę niewiele może mnie wystraszyć czy zatrzymać. Mam przy sobie jakąś siłę wyższą, która wyprowadza mnie z głębi najbardziej przytłaczających sytuacji. A może to nawet ja sama jestem źródłem tej siły?

Wielkanoc zwana jest Świętami zmartwychwstania, duchowego odrodzenia – celebracji zwycięstwa życia nad śmiercią, światła nad ciemnością. Tylko że... żeby coś mogło się odrodzić, najpierw musi obumrzeć. I podobnie – żeby coś mogło zmartwychwstać, musi najpierw być martwe. Ciężko się o tym myśli w kontekście wiosennych świąt i jajek w majonezie, ale prawda jest taka: ktoś, kto choć raz nie umarł, tak naprawdę nigdy nie żył.

 

Wielkanoc. Kiedyś zaczęłam się zastanawiać: co to za „noc”? Dlaczego noc, skoro świętujemy życie, światło, odrodzenie? A potem mnie olśniło – te święta to przecież święta nocy. Ciemności. To ona jest ich punktem wyjścia.

 

Zanim stwierdzicie, że z okazji tej wiosny zwariowałam, pomyślcie: to właśnie w ciemności odnajdujemy światło i się odradzamy. Nocą wszystkie nasze strachy, niedokończone sprawy, frustracje, stresy dochodzą do głosu jakoś wyraźniej i szarpią nami na prawo i lewo. Nocą ulice wydają się niebezpieczne, las przerażający, budynki nawiedzone, nawet nasz własny dom jakiś taki pełen cieni. Ciemność wyostrza nasze zmysły. Gdy oczy nie widzą, uszy zaczynają lepiej słyszeć, a jak się człowiek dobrze wsłucha, może usłyszeć nawet szepty swojej własnej duszy. Gdy w życiu robi się ciemno – zaczynają się problemy, rzeczywistość popycha nas na skraj wytrzymałości – wtedy dowiadujemy się o sobie najwięcej. Na pewno więcej niż w komforcie dnia i ogrzewającego nas światła słonecznego. Ciemność potęguje to, co nosimy w sobie za dnia. Wyostrza to. 

 

Boimy się za dnia? W nocy będziemy umierać ze strachu. Denerwujemy się w dzień? W nocy gniew nie pozwoli nam zasnąć. Mamy jakieś zmartwienie? W nocy myśli będą galopowały w jego kierunku, a my nie zmrużymy oka. Mamy jakieś niezdrowe zapędy? Poczekamy aż wszyscy zasną i wtedy zrobimy swoje. Nie na darmo mawia się „pod przykrywką nocy”. Noc otula, kryje, ale też… eksponuje. Pokazuje nam, kim tak naprawdę na tym etapie naszego życia jesteśmy.

 

Zmusza nas by stawić czoła samemu sobie. To w ciemności dokonujemy cudu przemiany – z tchórza w osobę odważną. Z popychadła w osobę asertywną. Z osoby smutnej w taką, która raduje się dniem. Gdy w nocy umrzemy ze strachu, a rano obudzimy się i zrozumiemy, że wciąż żyjemy, wtedy zaczynamy naprawdę żyć. Wtedy więcej w nas życia niż strachu. Rozumiemy, że nie daliśmy się pokonać, odkrywamy swoją siłę i swój potencjał.

 

W tradycji chrześcijańskiej najsłynniejsze zmartwychwstanie również dokonało się w nocy. Kiedy kobiety przyszły do grobu Jezusa, było bardzo wcześnie rano, jeszcze przed świtem. Zastały grób pusty, bo Jezus powstał z martwych w nocy, kiedy nikt nie patrzył. Gdy strażnicy pilnujący jego miejsca spoczynku prawdopodobnie przysypiali na warcie. Wtedy właśnie dokonał się cud największej z przemian.


Trafiłam gdzieś kiedyś na taki cytat: „Chcieli nas pogrzebać. Nie wiedzieli, że jesteśmy nasionami”. Doskonała analogia. Nasiono, by mogło wykiełkować, najpierw musi pobyć w ciemności, przysypane ziemią. Tam… obumiera. Przechodzi proces uśmiercenia swojej pierwotnej formy. Zewnętrzna łupina pęka, wewnętrzne struktury rozpadają się i uwalniają energię dla nowego życia. Stare „ja” nasiona przestaje istnieć i tak powstaje nowa jakość. Gdyby nie ta ciemność, nie ten rozpad, gdyby nie ta przemiana, nie mielibyśmy kwiatów, drzew, owoców, warzyw, zielonej trawy, krzewów – wszystkiego tego, co nas żywi i przypomina nam o życiu.

 

Podobnie z człowiekiem. Gdy nie pobędzie w ciemności, w samotności, nie pęknie, nie załamie się, nie spieprzy czegoś porządnie, nie pozna swoich limitów, nie straci czegoś lub kogoś drogiego, nie obumrze, to nigdy nie urośnie. Nie rozwinie się. Nie będzie znał ani siebie, ani swoich granic, ani swych możliwości, ani swoich demonów, ani największych strachów, słabych i mocnych miejsc, ani swojego potencjału. Nie zmieni się. Nie udoskonali swojej formy. Prześlizgnie się przez życie, taki sam – mdły do porzygania, płytki. Bo ci, co w ciemności pobyli najdłużej, którzy wielokrotnie za życia umierali – to ci sami, którzy mają najmądrzejsze oczy, wysoki poziom inteligencji emocjonalnej, cierpliwości, zaradności, kreatywności, wytrzymałości i otwarcia się na drugiego człowieka. Lubimy ich słuchać, przebywać wokół nich. Mówimy, że promieniują jakąś taką inną energią…

 

Owszem, są tacy, którzy na zawsze pod tą ziemią zostali. Pozwolili ciemności się zdefiniować. Nigdy nie wyszli poza fazę nasiona i tkwią tak do dziś, martwi za życia. Zgorzkniali, źli na świat. Bo to, jak do procesu umierania i przemiany podejdziemy, to kwestia decyzji. Nie tej jednej, wielkiej, ale tych setek małych. Tych drobnych kroków w przód, które zdecydujemy się postawić, gdy nam naprawdę bardzo, bardzo źle. Póki je stawiamy, to oznacza, że żyjemy. Martwi nie chodzą już nigdzie.

 

Bo pomyślmy – jak szybko tracimy wiarę, że będzie jeszcze dobrze, że znowu przyjdzie światło, kiedy siedzimy w życiowym mroku? Jak łatwo uwierzyć, że tak już zostanie, skoro nie widzimy wyjścia, prawda? A jednak – nasiono też nic nie widzi. Nie ma pojęcia, gdzie jest góra i o co to właściwie tutaj chodzi, ale rośnie, wbrew wszystkiemu. Nie walczy z ciemnością, tylko się przez nią przebija. Po prostu jest. Jest. Tyle wystarczy. I my też tak możemy. Tylko trzeba w sobie coś uruchomić – odrobinę wiary, drobinę zaufania zamiast obsesyjnej potrzeby zrozumienia, ogarniania i kontrolowania każdego procesu. Bo są takie procesy, których nie da się przyspieszyć i przejść przez nie na skróty. I to są właśnie te, które zamieniają nas w lepszą wersję nas samych.

 

Zapytajcie mistrza kung-fu ile razy ćwiczył ten sam cios zanim stał się mistrzem.

Primabaleriny ile razy krwawiły jej stopy, zanim wykonała daną figurę poprawnie.

Chirurga ile razy miał ochotę rzucić wszystkim po kolejnej utracie pacjenta. 

Rodzica, ile razy miał ochotę uciec od swoich obowiązków.

 

I jeszcze taki moment na samoanalizę. Zastanawialiście się kiedyś, co w Was umarło?

 

Może umiejętność cieszenia się kolejnym dniem? Wstajemy, rzucamy "Żesz qurwa, jeszcze ciemno, a ja do roboty..."  Zapominamy, że wielu nie wstało. Ewentualnie muszą poczekać na opiekunów, by przyszli i wyciągnęli ich z łóżka specjalnymi podnośnikami.

 

A może umarła w nas umiejętność kochania samych siebie? O wszystko się martwimy, o wszystkich potrzeby dbamy, a siebie stawiamy zawsze na końcu, w szarej dupie. Odpoczywamy, gdy jest porobione, nie gdy jesteśmy zmęczeni. Leczymy się, gdy dostaniemy wolne, nie gdy jesteśmy chorzy. Uśmiechamy się, bo wypada – nie, gdy czujemy, że chcemy. Wydajemy pieniądze na wszystko i wszystkich. Gdy jednak na siebie, to z wyrzutem sumienia. I potem chcemy, by inni nas kochali i szanowali, skoro my nie szanujemy i nie kochamy siebie.  A tu nawet w samolocie przykaz - gdy spadnie poziom tlenu, maskę załóż najpierw sobie. By...? By móc pomóc innym. Logiczne? 

 

Może umarła nam zdolność dostrzegania człowieka w człowieku? Pamiętania, że każda osoba spotkana na naszej drodze czuje dokładnie tak jak my. Boi się, zastanawia, stresuje, walczy z kompleksami, ma nadzieję, wspomnienia, marzenia. Tak, nawet ta ruda franca, co wszystkich obgaduje. Widocznie w niej obumarła pewność siebie. Dokarmia ten swój brak skupiając się na innych i komentując ich życie, zamiast skoncentrować się na swoim. Nie oceniaj, zrozum. Może pomóż? A jak się nie da, odejdź na bezpieczną odległość. Ale nie osądzaj, bo nie wiesz wszystkiego. 

 

A może wiara w siebie? Bo gdzież ja się będę po 40-tce na studia pchać... gdzie ja się tam nowego języka nauczę na starość. Gdzie prawo jazdy koło 50-tki? Kto mnie tam będzie taką chciał… Niby jak wygram ten przetarg, tyle innych zgłoszeń... Ten egzamin jest nie do zdania… Ten ból jest nie do pokonania. Ta strata jest nie do przejścia. To wyzwanie nie do przeskoczenia. Choroba nie do zwalczenia, i tak dalej. 

 

Ciemność to tylko faza i jak każda faza – jest nie tylko potrzebna, ale i tymczasowa. A my czynimy ją nie okresem przeznaczonym na wzrost poznanie samych siebie, ale naszym ustawieniem fabrycznym.  Definiujemy całych siebie, nasze życie, możliwości. Kiedyś się nie udało? To się nigdy nie uda. Zostawił mnie? Inni na pewno też zostawią. Odeszła? Wszystkie przecież odchodzą. Oblałem? Znów na pewno obleję, po co więc próbować…

 

Naprawdę... nie zostaliśmy stworzeni na pośmiewisko, ale na podobieństwo boże. Nie mylmy tych dwóch pojęć.  Trzeba aktywować w sobie światło, a potem… alleluja!! I do przodu!! 

 

Tako rzekę wam ja, Karol. Bo jak zostanę papieżem, będę urządzać obowiązkowe sesje siedzenia w ciemności. Tydzień może, by człowiek mógł poznać samego siebie nieco lepiej, wyciszyć, skupić, zrozumieć i zakwitnąć. Będę też grzebać w ludziach w poszukiwaniu tych trupów – tego co w nich umarło – by im w duszach nie śmierdziało padliną. By im serca mogły bić swobodnie. By mogli wziąć głęboki oddech i pamiętać, że ta ciemność, ten strach, ta pustka – to nie na zawsze. To tylko okres przejściowy, w drodze do światła i samoodrodzenia.


_________

In English HERE:

https://karolinazurart.com/blog/f/easter-%E2%80%93-a-treatise-on-darkness


niedziela, 13 kwietnia 2025

SŁOWA, KTÓRE PISZĄ NASZ LOS



 Byłam nadpobudliwa – tak mówili. Zawsze miałam za dużo energii (jak na ogólnie przyjęte standardy). Nie umiałam usiedzieć spokojnie, czy skupić się na dłużej. Wierciłam się, podskakiwałam. Łapałam mnóstwo srok za ogon i robiłam wiele rzeczy naraz. Wyobraźcie więc sobie reakcję moich bliskich, gdy pewnego dnia poinformowałam ich, że będę się uczyć grać na skrzypcach. Taki wymagający instrument, prawda? Trzeba dyscypliny, codziennych, żmudnych ćwiczeń. Skąd u dziecka z taką osobowością taki pomysł? Jakim cudem będzie ono w stanie to zrobić – na pewno przyszło im to na myśl, co nie? Bęben se kup i po nim wal, a nie skrzypce – może nawet poszli w tym kierunku. Na moje szczęście nie nakarmili mnie tymi wątpliwościami. Nie wiedziałam, że jestem za mało skupiona i zbyt nadpobudliwa, by się nauczyć, więc uczyli mnie, wspierali, a ja się… nauczyłam. Mało tego, grałam potem przez całe lata, podróżując z moimi zespołami. 

 

Jest taka siła, która kieruje nami w życiu. To ona sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy, że robimy to, co robimy i dokonujemy danych wyborów. Moglibyśmy sądzić, że to kwestia naszych preferencji. Tego chcesz? No to to zrób. Tamtego nie chcesz? To tego nie rób, nie wybieraj. Brzmi prosto, prawda? Ale to błędny trop, bo punkt wyjściowy naszych decyzji i zachowań nie tkwi w tym czego chcemy, ale znacznie głębiej.

 

Czyli gdzie? Źródłem naszych wyborów nie jest to, czego chcemy, ale to kim… jesteśmy. Nie ma bowiem potężniejszej siły napędowej wewnątrz nas niż instynkt przetrwania oraz potrzeba spójności naszych zachowań z tym, co o sobie myślimy (nawet jeśli dzieje się to na poziomach podświadomych niestety). Podążamy więc za naszą tożsamością. Tym, jak siebie definiujemy. Stąd jedynie krok do tego, jak ukształtuje się nasza osobowość. A nasza osobowość nadaje kształt naszej rzeczywistości. Chcesz zmienić swą osobistą rzeczywistość? Najpierw zmień osobowość. 

 

Przykład?

Mamy dwie osoby, A oraz B, a każda z nich definiuje siebie inaczej i karmi się odmiennymi przekonaniami. Popatrzmy:

 

A.

• Nie lubię się kłócić

• Ćwiczę, lubię się ruszać

• Kocham zwierzęta

• Jestem osobą sukcesu, uda się mimo przeszkód

• Jestem zwycięzcą – mimo wszystko

• Bywam zmęczony 

• Działam mimo strachu

• Umiem kontrolować to co jem

• Biorę odpowiedzialność za swoje czyny

B.

• Wszyscy się czasem kłócą

• Ćwiczenia to nie dla mnie

• Nie znoszę zwierząt, śmierdzą i brudzą

• Nigdy nic mi się nie udaje, nawet nie będę próbować

• Jestem ofiarą. Wszystko mi się przytrafia…

• Nie mam na nic siły

• Boję się, strach mnie blokuje

• Ja to zawsze zajadam stresy

• Wiesz, że to twoja/ich/jego/jej wina…

 

Osoba A będzie dążyć do rozmowy i kompromisu. Osoba B postawi sprawy na ostrzu noża, byle wyszło na jej. Osoba A będzie się starać, będzie próbować. Upadnie? To się podniesie.  Popełni błędy? To je naprawi. Nauczy się czegoś przy okazji, a może i pomoże innym zbudować samych siebie. Osoba B niewiele zrobi, dużo się nagada, obwini wszystko i wszystkich wokół by wyjaśnić bardzo dokładnie, dlaczego się nie da. Bo „hehehe, tak już mam, wiecie, ten świat taki ciężki, a ludzie to już w ogóle. O moich chorobach i problemach to już nawet nie wspomnę…”. 

 

Osoba A ugotuje obiad, zje, pójdzie na spacer. Nakarmi psa, kota, może nawet takiego adoptowanego. Ptakom w zimie wystawi karmnik. Pomoże innym. Osoba B kupi sobie burgera i frytki, usiądzie przed TV, obejrzy wszystko co leci, późno się zrobi, więc się nie ruszy, a zresztą plecy bolą, kolana jakieś takie zastałe (bo mają się magicznie rozruszać na tej kanapie). Kupi sobie gacie o rozmiar większe. Podjedzie do sklepu na rogu samochodem, bo za daleko by iść nogami. Przełknie kolejną tabletkę na cukier. Przeje pączkiem. Z psem nie wyjdzie bo psy śmierdzą, gryzą. Koty są fałszywe. Ptaki drażnią, spać z rana nie dają. Ludzie sami sobie są winni, że są w ciężkiej sytuacji (osoba B jest wyjątkiem od tej reguły). W ogóle wszystko to takie jakieś popieprzone…

 

Moje pytanie: z którą z tych osób chcielibyście się zaprzyjaźnić? Budować rodzinę? Iść na wojnę?

 

Inny przykład?

 

Mamy dziewczynkę. Powiedzmy, że Zosię. Chciałaby zostać lekarką. Bardzo chce. Tak bardzo, że ćwiczy codziennie, leczy lalki, osłuchuje misie, przymierza kitel dla dzieci. Czuje się lekarką. Ale ma wokół ludzi, którzy tego nie czują i mówią – aaa, ona to nie ma cierpliwości. Zaczyna i nie kończy, a na medycynie to trzeba się uczyć latami, mieć dyscyplinę, a ona nie ma. Takie studia to kosztują, a my to nie bardzo mamy pieniądze, wiecie, nasza rodzina do zamożnych nie zależy. Ciężko się dostać. Większość się nie dostaje. Trzeba w łapę dać. Życia prywatnego taki lekarz nie ma, wszystko trzeba poświęcić. Zosia staje się Zofią. Do szkoły chodzi, maturę będzie miała niedługo, ale nie z chemii, nie z biologii, by zdawać potem na medycynę. A wiecie dlaczego? Bo Zofia wie, że i tak by się nie dostała. Bo większość odpada w przedbiegach. A potem to tyle nauki, cierpliwości, dyscypliny, a ona jej przecież nie ma. Nie kończy tego, co zaczyna. „Tak już mam. Taka już jestem…” – rzuca z głupawym uśmiechem, by samą siebie usprawiedliwić, dlaczego postanowiła zdawać na księgowość. I żeby nie było – nie ma absolutnie niczego złego w byciu księgową. Nie o to tutaj chodzi. Chodzi o to, że mała Zosia chciała być lekarką. Ona już nawet nią była – w sercu, w głowie – ale potem inni ją przekonali, że nią nie jest, więc nią nie została.

 

Ewentualnie w drugą stronę. 

Chłopca mamy, dajmy na to, że Piotrka. Urodził się z wadą serca. Od dziecka szpitale, operacje, obserwacje, leki, zabiegi, diety, ograniczenia. Skrajnie zaopiekowany i wychuchany, ale on… kocha sport. I mówią mu wszyscy wokół – z dobrego serca i troski najprawdopodobniej – uważaj Piotruś. Nie skacz, nie biegaj, nie stresuj się, nie przeciążaj. Nie będziesz atletą, oj nie będziesz. Może ogrodnictwo? Golf może? Chory jesteś, wiesz. Trzeba się pogodzić. Słaby jesteś. Nie masz siły. Długo to on żył nie będzie (to z kolei za jego plecami mówią). A tu Piotrek się zawziął. Gra w tę piłkę. Bo on wie, że jest silny. Gdyby nie był, to by nie dożył do kolejnego treningu. Wie, że ma potencjał. Kocha tę piłkę kopać, obmyślać strategie, ćwiczyć technikę. On jest piłkarzem. Leki bierze. Odpoczywa. Ma etapy takie, że nie może grać, ale potem znów próbuje, i znów. Dorasta. I dorosły już Piotr szuka specjalisty od kardiologii sportowej, by go prowadził. Ćwiczy dalej. Decyduje się na wszczepienie defibrylatora. Krok to potężny, ryzykowny i Piotr by się może nawet nie zdecydował, ale wiecie, on wiedział, że jest piłkarzem. Tak mu podpowiadało serce. Bo choć chore, choć z wadami – tyle wiedziało od początku, a on posłuchał. I gra.  Bo jest piłkarzem.

 

Inne przykłady?

Powiedzmy na przykład zagorzałej feministce, która wierzy w to, że nie potrzebuje mężczyzny do szczęścia, że powinna poszukać sobie męża. Bo tak jej będzie lżej w życiu, bo sobie bez niego nie poradzi (ojojoj…) albo i zostanie sama ze swoimi kotami na starość. Co taka kobieta zrobi? Wyśmieje nas albo i się na nas obrazi. Wytłumaczy nam, o ile mniej ma stresu, roboty i hałasu wokół siebie bez mężczyzny. A potem nam pokaże, ile ma pieniędzy na koncie, takich własnoręcznie zarobionych. Bo realizuje siebie, swoje pasje, marzenia. I tak w ogóle to koty kocha. Nie pyskują, nie kłamią, nie zdradzają, nie odchodzą do innych, nie rzucają brudnych skarpet na podłogę. Czasem im się zdarzy na tę podłogę narobić, ale jak się je dobrze z kuwetą przetrenuje, to się uczą i więcej nie brudzą. A facet? To już inna historia…

 

Powiedzmy góralowi, który definiuje siebie jako osobę związana z górami, ze swymi korzeniami, zwyczajami, że tradycja jest nieważna. Że to, skąd się pochodzi, to nie ma żadnego znaczenia, że najlepiej by było zunifikować wszystko, by zminimalizować liczbę konfliktów powstających na tle kulturowym. Powiedzmy to a potem i nauczmy się prędko biegać. W przeciwnym razie możemy skończyć z ciupagą wbitą w zadek…

 

A jeśli Polakowi, który kocha wolność, nakażemy teraz mówić w innym języku i uznać czyjąś obcą władzę, to prędko się przekonamy, skąd się wzięły podziemne szkoły, tajne komplety i zbrojne powstania. Bo on wie, kim jest. Politycy swoje, a on swoje. I tak od wieków.

 

Mogłabym jeszcze wiele przykładów opisać, a wnioski będą te same: jeśli uwierzymy, że kimś jesteśmy, że jacyś jesteśmy, to tak będziemy się z zachowywać.  Jeśli chcemy coś zmienić w naszym życiu na stałe, musimy zmienić to, jak siebie postrzegamy i definiujemy, czyli naszą tożsamość. Tylko wtedy nasz mózg, nasze emocje, nasza cała neuro–chemia dostosuje się do tej wizji. Ciało nie walczy z tym, w co wierzy głowa (spytajcie kobiet, które doświadczyły ciąży urojonej).

 

Niestety, często definiujemy siebie poprzez słowa, które kiedyś usłyszeliśmy – może w dzieciństwie, kiedy byliśmy najbardziej chłonni na opinie i ich nie kwestionowaliśmy? Albo w momentach kryzysu, gdy potrzebowaliśmy zrozumienia i wsparcia, a dostaliśmy osąd? I on się sprzęgnął wówczas z tym, co w ciężkich momentach o sobie myślimy (czyli zazwyczaj nic pozytywnego) i tak już z nami został – jak nadprogramowe kilogramy, które przygniatają naszą duszę do podłoża, na którym należy stać twardo i stabilnie (i nie inaczej).

 

Nic z ciebie nie będzie. Jesteś za słaby. Głupi jesteś. Niegrzeczny. Niedobry. Pokraczny. Co się garbisz? Czemu się wiercisz? Wszyscy mężczyźni zdradzają. Wszystkie kobiety manipulują.  Muzyk to nie zawód, to hobby. Tylko ci, co ciężko pracują, do czegoś dojdą. Jesteś leniem. Nie umiesz się poruszać. Nie umiesz śpiewać. Za wolno czytasz. Brzydko piszesz. Nigdy tego nie pojmiesz. Jesteś za chuda. Jesteś gruby. Nikt ciebie nie będzie chciał.

 

Brzmi znajomo?

Nosimy takie bzdury w sobie i całe życie, robimy na nie miejsce w naszym wewnętrznym systemie, nie rozpoznajemy ich jako ciał obcych, z zewnątrz, myślimy, że to nasze i… staje się to częścią nas i potem rzeźbi nam życie. Przetwarzamy w głowie, w duszy, w ciele. Mózg tylko słucha i się dostosowuje... cała nasza biochemia, cały nasz kosmos wewnętrzny za tym podąża.

 

Teraz pomyśl: co ciebie najbardziej blokuje? Czy naprawdę jesteś tym, kim mówili, że jesteś? Co myślisz i mówisz o sobie samym? Czy twoja osobowość cię ogranicza? W kogo byś się musiał przeobrazić, by osiągnąć to, czego naprawdę chcesz?

 

Bo ja, wyobraźcie sobie, wiem, że jestem przyszłym papieżem. Zamierzam nim zostać, przygotowuję się do tej roli, przemyśliwam ją regularnie. Piszę swoje kazania (również regularnie). I choćby cały świat na mnie pokazał palcem i stwierdził, że zwariowałam, ja odpowiem – bardzo możliwe, ale ja nadal będę pisać. Być może świadczy to o tym, że jestem raczej pisarką… no ale przecież od pisarza do papieża, który dociera do ludzkich dusz – jest tylko krok.

 

Także tego…

____________________

👉In English / po angielsku:

https://karolinazurart.com/blog/f/the-words-that-write-our-lives


 

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...