piątek, 14 marca 2025

ROZMOWA Z ANIOŁEM STRÓŻEM


Karol:  Witaj, mój Aniele, sprawę mam do ciebie. Słyszysz mnie, czy może znowu  jesteś w niebie?

Anioł: Słucham, słucham ciągle. 

K: Ale coś z wysoka...

A: Obok stoję.

K: Jaaaasne....

A: Nie spuszczam cię z oka.

K: No, skoro tak twierdzisz, 

to wytłumacz przy tym, 

czemu mam dziś cały lewy bok obity?

A: Bo spadłaś ze schodów.

K: A gdzie wtedy byłeś? I zamiast mnie pilnować, co wtedy robiłeś?

A: Hej, ja próbowałem. Ale nie słuchałaś. Klęłaś, biegłaś głupio, w komórce grzebałaś...

K:  Uch, dzień był koszmarny, nerwy mi puściły. Ty nie pocieszyłeś, mój aniele miły.

A: Przecież ja mówiłem - koniec stresu bliski. Ale nie słuchałaś, bo trąbiłaś whiskey…

K: Tak, to prawda—piłam, żeby strach zagłuszyć.

A: No to teraz będzie ciebie trochę suszyć...

K: Serio? Ja wracałam tylko w jednym bucie. 

To jest właśnie słynne anielskie współczucie?

A: A czemu mam współczuć, gdy człowiek jak gapa o pomoc nie prosi, tylko sam chce latać? Skrzydła moje duże, mogę cię podrzucić, ale nic na siłę, ty wolisz się kłócić. Wolną wolę, rozum dostałaś w pakiecie. Przecież się nie będę narzucał kobiecie...

K: A jak mnie okradli, to też obok byłeś?

A: No jasne, że byłem i wszystko robiłem byś się zatrzymała, poczekała chwilę, aż złodziej odejdzie choćby i na tyle, by nie dostrzec, że się o kłopoty prosisz i portfel miast w torbie, to w kieszeni nosisz. 

K: Jakoś nie widziałam, byś mnie zatrzymywał.

A: No a ten bezdomny, co cię zagadywał?

K: To ty mu kazałeś?

A: Nie, to ja nim byłem. Ta twoja pogarda... nie tak cię uczyłem...

K: Nie tak? To jak niby?

A: Że co siejesz, zbierasz.

K: Ano, jest w tym prawda...

A: I gupio ci teraz? 

K: Głupio, muszę przyznać. Lecz co mam poradzić, że mnie tak pokracznie przez życie prowadzisz?

A: Jak mam cię prowadzić, kiedy ciągle lecisz? O pomoc nie prosisz i wciąż gdzieś się spieszysz? Nie słuchasz też siebie, ciągle hałas w duszy. Albo stres jak wata, on wszystko zagłuszy. Każdy szept anioła, wszystkie dobre słowa...

K: To nie ja, to życie! Czasem boli głowa od nadmiaru tego, co jest do zrobienia. Jak mam cię usłyszeć?

A: Naucz się milczenia.

Zatrzymaj się czasem, wyłącz rozum, myśli. Zwracaj też uwagę na to, co się przyśni. Słuchaj częściej tego, co ci mówi serce.

K: To trudne!

A: Ok, wcale... Tylko ci się nie chce.

K: Mów głośniej po prostu. Nie słyszę inaczej. Może mam coś z uszami...

A: Chyba z duszą raczej. Ja nie wrzeszczę, mam klasę. Ja szepczę do ducha. I nic nie poradzę, kiedy nie chesz słuchać.

K: Ja przynajmniej próbuję, a są tacy w świecie, co wcale nie wierzą, że wy istniejecie!

A: Karol, ja cię proszę, ty się puknij w czoło. Takich rzeczy nie mówi się przecież aniołom...

K: Spokojnie, ja wierzę, że jesteście z nami. Ale są wciąż tacy święcie przekonani, że prócz nas nic nie ma. 

A: Bo patrzą oczami. Zamykają serce, biją się z myślami. Ciągle drążą, co było, co się zaraz stanie. Nie ma ich tu i teraz. Potem załamanie i szukanie winnych—a najlepiej w niebie, zamiast się zatrzymać i spojrzeć w głąb siebie. 

K: I takie to proste? Patrzeć częściej w siebie? A jak dystans zmniejszyć między ziemią i niebem?

A: Miłość. 

K: I co dalej? 

A: Nic dalej. To wszystko. Niebo zostaw ptakom. Anioły są blisko. 


In English:

https://karolinazurart.com/blog/f/a-talk-with-my-guardian-angel

piątek, 7 marca 2025

CEBULA


Urodziła się sobą, odrębną osobą. 
Prędko się jednak stała tym co usłyszała. 

Jedni mówili - nie biegaj. Inni - biegaj do woli. 
Jedni - nie płacz, to wstyd jest. Drudzy - że trzeba, gdy boli. 
“Z talerza ma wszystko zniknąć” lub “Nie przejadaj się!” 
Przeproś, że żyjesz. Podziękuj. Siedź w kącie a znajdą cię. 
Że dzieci głosu nie mają twierdzili jedni znów. 
A inni - “Co tak milczysz? Mów do nas, mówże, mów!” 

Na studia idź, zrób papier. Czym człowiek bez dyplomu? 
Zawodu lepiej się wyucz albo nie wracaj do domu. 
Męża znajdź. Ślub i dzieci. Pierścionek z brylantem niech świeci. 
Małżeństwo? Ludzie kochani! A na co komu kajdany? 
Kariera, pieniądze, pozycja - to jest kobiety ozdoba. 
Urodę masz? Seksapil? Po co ci mądra głowa… 

Ta sukienka za krótka. A tamta? Co taka długa? 
Coś ty tak przytyła? A czemuś taka chuda?
A ten makijaż to na co? Tak mają panie z ulicy. 
O, jaka niezadbana. Blada jak prosto z piwnicy. 
Ciemna jak spod solary. Taka nieuczesana… 
Patrz jak się odstawiła, przed lustrem stała od rana… 

W opinie te na cebulę z czasem się wystroiła, 
głos własny, intuicję po drodze gdzieś zgubiła. 
Warstwa po warstwie obrosła w piórka z cudzych słów. 
Głowa została jedna, w niej chaos na sto głów. 
A spod odzienia tego nie było widać niczego, 
tak przysłaniał jej ogląd czyjś pogląd. 

Nie mówiła swoich słów, nie myślała swych myśli. Nie musiała. 
Wszak opinia publiczna luki jej wypełniała… 

A w środku siedziało dziecko. Płakało. 
Wiedziało czego chce, nie udawało. 
Wiedziało, kim jest, co lubi, a czego nie. 
Czego mu trzeba, co kocha, a czego boi się. 
Płakało w głos, lecz przez warstwy przebić się nie zdołało 
do tego dorosłego, co go okłamało 
społeczeństwo co uczy, jak siebie pogubić 
bo inaczej ludzie nie będą nas przecież lubić. 

Bo wypada, nie wolno, oczekuje się. 
Albo się dostosuj albo… wynoś się. 
A najlepiej to wstydź się kiedy myślisz sam. 
Gdy masz swoją opinię, nie podążasz tam 
gdzie tłumy się zebrały, co kiedyś wiedziały 
kim były tak naprawdę, ale…. zapomniały. 
Nie wiedzą już co myślą, w co wierzą, co jedzą 
póki im te z zewnątrz głosy nie powiedzą. 

Ona też była sobą. Odrębną osobą. 
Jednak z czasem się stała tym co usłyszała…

IN ENGLISH:

czwartek, 6 marca 2025

WINNA

Dzień Kobiet zbliża się wielkimi krokami. Ja już standardowo świętuję słowem.


Tym, które mówiły za dużo
w czasach gdy milczenie było złotem.
Tym, które milczały za długo
bo mowa srebrna niosła wyrok śmierci. 

Tym, które szły na stos
Gdy historia robiła z nich przypis
na marginesie księgi praw
ustalonych w imię ojca i syna,
boskich. 
Mało ludzkich.

Tym, które tonęły w rzekach,
choć umiały pływać lepiej
niż ci, co je topili ze strachu 
przed ich potęgą. 

Tym, które szyły mundury
dla chłopców co dorosną jeśli nie zginą 
w męskich wojnach 
o ostatnie słowo i kawałek ziemi. 
Co zostawały same na polu bitwy zwanym codziennością, 
by utrzymać przy życiu kolejne pokolenia. 

Tym, którym nie wypadało pytać,
bo odpowiedź i tak już była gotowa.
Wyssana z mlekiem umęczonych matek 
co rodziły często i dużo.
Kładły swe ciała pokotem
jak snopy na polach przy żniwach,
po których krwawią ręce
i pękają plecy. 

Tym, co mogły kochać
tych których im wskazano
za wiano
bo na miłość od serca nie było miejsca 
w strukturach rodzin na pokaz. 

Tym którym gorsety odbierały oddech a zasady jedyne i słuszne zagłuszały duszę.

Tym, które stawiały pierwsze kroki,
żeby innym łatwiej się szło
a każdy krok mógł kosztować życie.

Tym, które miały rozum i dwie ręce,
lecz ograniczone pole do popisu. 
Niby człowiek, a niby-człowiek. 
Zdegradowane z urodzenia
za chromosom, co się powtórzył.

Ich życie nie przeszło do podręczników,
nie stało się cytatem pełnym chwały. 
Pozostało w listach,
w zmęczonych oczach,
księgach parafialnych,
w nierównych linijkach zapisków
gdzie krzyżyk służył za imię.

A ja – mówię głośno,
bo one głosu nie miały.
Idę tam
gdzie one nie miały wstępu. 
Uczę się bo dla nich wrota szkół były zamknięte. 
Mam wybór, gdzie one miały przykazania.

Jestem im to winna.

Za mną stoi moc ich mocy, 
w moich żyłach płynie ich krew, 
a w uszach brzmi ich śmiech
przez łzy 
całych wieków niesprawiedliwości.

Mamy.
Babcie.
Prababcie.
Kuzynki.
Ciocie.
Prasiostry.

Jestem im winna
choćby to jedno zdanie,
którego tym razem
nikt nie będzie mógł skreślić… 

English version:



środa, 5 marca 2025

POD POWŁOKĄ ILUZJI, KTÓRYMI ŻYJEMY



    Rodzimy się tak samo – z naszych mam. Nie ma absolutnie żadnego człowieka na ziemi, który by przyszedł na świat w inny sposób. Nie ma też wówczas dla nas znaczenia, czy na świat wyciągną nas białe, czarne czy żółte ręce. Czy właściciel rąk modlił się na stojąco czy w kucki. Czy chleb zagryzł wołowiną lub omodlonym wcześniej kurczakiem. Jako dzieci tak samo potrzebujemy opieki. Wychowani z miłością – kwitniemy. Bez niej – dziczejemy. Każdy z nas musi jeść, pić, wypróżniać się, oddychać, a potem umrzeć i iść dalej. I tutaj także nie ma wyjątków.


    Coś się jednak z nami dzieje w procesie socjalizacji i dorastania, bo pomimo faktów przytoczonych powyżej, zaczyna się nam wydawać, że jesteśmy ponad innymi lub poniżej tych innych. Są bowiem rodzice, którzy rozwijają w dzieciach takie poczucie. Nie uczą, że nie należy ludzi dzielić na lepszych i gorszych. Że różnice między nami wynikają z faktu wzrastania w różnych tradycjach, kulturach i czasach, a nie ze względu na genotyp. Dzieci różnice owe przyjmują jako oczywiste, uważają je za naturalne. Tylko że potem to my, dorośli, zaburzamy im ogląd – mówimy im kogo mają lubić, kogo nie lubić i kogo podziwiać, a kogo się bać. Z kim się bawić, a kogo unikać. Kogo słuchać, a kogo ignorować. Bo za mały, za gruby, za chudy, za czarny, za biały, za żółty, zbyt biedny, zbyt bogaty, za bardzo obrzezany czy też z napletkiem, bo za bardzo męski, żeński, kudłaty czy łysy… czy słyszycie jak to brzmi? 


    Jak to jest, że przed jednym człowiekiem schylamy głowę, klękamy, stajemy w długich kolejkach by go – uwaga – zobaczyć? Drugiego znów jesteśmy w stanie zakuć w kajdany i wystawić na targu za poziom melaniny w jego skórze, wyśmiać, opluć czy zastrzelić, bo wygląda, myśli lub wierzy inaczej? Dla jednego jesteśmy w stanie poświęcić rodziny, przyjaciół, własny świat, a drugiego pokroić, wybrakować, użyć jak rzecz, bo ma inny kolor oczu czy za mało prosty nos. W imię ideologii. Jednego chronimy własnym ciałem, narażając swoje życie, drugiego wysyłamy na rzeź w pierwszej linii fontu. Jednemu nosimy kosze z jedzeniem w darze, drugiemu zabieramy sprzed nosa ostatni kęs – niech nie ma i zdycha, bo przeludnienie. Jednemu udzielamy pomocy, bo ma tylko mocno zaraźliwą odrę, drugiemu pozwolimy umrzeć w karetce, w drodze do szpitala, bo nie miał testu a być może ma Covid…

 

Skąd się w nas bierze taka hibernacja rozumu, że jednego człowieka potrafimy kochać, a drugiemu dać w łeb? I to nie dlatego, że nam zagraża, ale dlatego, że nam tak kazał ten, który ma więcej kasy, władzy, więcej kóz, czy szersze bary i właśnie się dorwał do mikrofonu...

 

Każda wojna, krzywda, prześladowanie, niesprawiedliwość zaczynają się od człowieka, któremu się wydawało, że mu się NALEŻY. Że jest PONAD innymi – że ma prawo zabrać komuś życie i godność w imię własnych celów. Ewentualnie takiego, który się po prostu bał. Zebrał jednego, drugiego, trzeciego, których był w stanie przestraszyć, bo człowiek, który się boi, szuka towarzystwa – i zrobił się tłum. Tłum takich, którzy mieli rację. Jedyną, słuszną i najbardziej zajebistą, toteż postanowili ją wcisnąć innym do gardeł siłą. A jak się ktoś wyłamał, zakrztusił, stracił życie? Cóż, wojna swoje prawa ma… 

 

Człowiek mnóstwo brzydkich rzeczy robi ze strachu lub na skutek kompleksów czy zachłanności. Mądre kobiety były palone przez pasibrzuchów na stosach ze strachu właśnie – przed ich wiedzą, przed zmianami, jakie mogły wnieść w usrany porządek męskiej dominacji. Mizoginizm? Ze strachu przed utratą pozycji społecznej. Prześladowania na tle rasowym – strach. Strach przed ludnością lokalną, która lepiej znała teren niż najeźdźcy (zwani szumnie kolonizatorami) i mogła się bronić, udaremnić ich misję. I zachłanność. Ciągle za mało – permanentny brak miarki w pysku, w duszy, w kieszeni. Wojny religijne? Nie dlatego, że jeden bóg lepszy od drugiego, ale ze strachu przed utratą wpływów, ziem, majątków, których ci u władzy chcieli mieć więcej, i więcej, wszak ciągle mieli za mało... 

 

A ja powtarzam niezmiennie: chcesz zabić człowieka w imieniu religii? Zacznij od siebie. Nie mów mi też w co wierzysz – pokaż mi jak w imię tej religii kochasz ludzi, zwierzęta, świat wokół siebie. To będzie dla mnie najbardziej miarodajny obraz twojego Boga. Ale nie. Trzeba wziąć kij, dzidę, pistolet, lancę i jazda! Niech mają za swoje ci wszyscy inni. Za to, że są inni.

 

Gdzie ten osławiony ludzki rozum? Nie ma... nie widzę. Co widzę? Ecce homo. Z bronią. Ecce homo kłamiący w oczy wyborcom, otoczony pochlebcami, w chodzącymi mu w zad by się przy nim ogrzać. Ecce homo ze strzykawką, skalpelem. Ecce homo obnażony publicznie, bo nagie ciało lepiej zarabia niż jakikolwiek talent…

 

My tak nie robimy? Nie czujemy się lepsi/gorsi od innych? No to przykład. Idziemy na rozmowę kwalifikacyjną. Człowiek po drugiej stronie biurka siedzi opakowany w porządny garnitur i prezentuje postawę wyższości. Powaga, „ą” „ę”. A przecież tak samo jak ja i ty musiał rano zrobić siku czy puścić bąka, by mu brzucha nie rozerwało. Skąd więc ten nasz stres i strach? Przecież w najgorszym wypadku może nam nie dać pracy. Pójdziemy dalej. Znajdziemy inną. Skąd więc to przerażenie… człowiekiem? Garnitur, biurko, teczka, gabinet – to tylko opakowania i gadżety, pozy. Tak samo w urzędach, u lekarza, w banku itp. Spuszczamy ramiona, bo ktoś po drugiej stronie biurka robi groźną minę i dzierży w dłoni długopis. Albo czujemy onieśmielenie, gdy widzimy kogoś w kitlu, mundurze czy kostiumie od Diora. To są OPAKOWANIA. Ich zadaniem jest budowanie dystansu i hierarchii. Ustawianie relacji władca - podwładny. A wystarczy, że sobie przypomnimy, że ten pan w limuzynie, w sutannie i ta pani w futrze z norek tak samo muszą robić kupę, jak ja i ty, bo wtedy sobie także przypomnimy, że to człowiek. Tylko i aż człowiek. 

 

I zaczniemy pamiętać, że strach to nie szacunek, poza to nie wiedza, a mundur to nie doświadczenie i nie nośnik praworządności. Zaczynamy myśleć, analizować. Używać rozumu, intuicji. I jest wtedy większa szansa, że nie podążymy jak owca za ładnie ubranym idiotą albo że nie damy się poniżyć modnie opakowanemu, zakompleksionemu chłoptasiowi, który karmi się czyimś poniżeniem. Nie posłuchamy kogoś, kto tylko przebrał się za lidera i drze się do ustawionych (kasa, kasa) mediów. To, że ktoś ma większą trąbę nie znaczy, że lepiej gra. 

 

Dlatego na człowieka trzeba patrzeć świadomie i uważnie. Sercem. Wtedy zachowamy własną godność, podążymy za kimś, za kim warto iść. Za kimś, kto realnie zmienia rzeczywistość, choćby to był tylko niewielki jej skrawek, w jego najbliższym otoczeniu. Ludzie mają na nas wpływ. Realny, namacalny i warto o tym pamiętać i obserwować uważnie, kto i jak na nas wpływa. Zły polityk może narobić g*wna na skalę światową. Podobnie jak słuchana przez miliony gwiazda estrady, radząca innym. Radzi to co jej doradzono radzić, za odpowiednią opłatą oczywiście. Tacy ludzie mają broń w ustach, zasięg szeroki, środki do działania, drogie opakowanie i grupę pochlebców, ale to nie zmienia faktu, że robią g*wno. Dużo g*wna. No i odwrotnie, tak dla porównania i kontrastu – Matka Teresa, Ghandi, Irena Sendlerowa – żadne super sex ikony, żadni państwo u władzy. Zero sztucznych cycków, powiększonych pośladków, koncertów dla tysięcy zagranych na autoniunie, zero pozy, majątków, ochrony, tłumu borowców, pozorów, pozycji, krawatów i ciężkich metek. A ile zrobili czystego, niezaprzeczalnego… dobra? Po owocach ich poznacie – ktoś gdzieś kiedyś mądrze rzekł. Nie sądź książki po okładce – też znamy. Nie szata zdobi człowieka – pamiętamy z podstawówki. Tylko że potem idzie jeden z drugim w nowy dzień i… bum.  Zaćmienie. Patrzy na ludzi przez pryzmat póz i opakowań. 

 

A ja tak myślę, że ci, którzy potrzebują rozbudowanej scenografii, by wyjść z domu, zazwyczaj mają co pod nią ukrywać. Ci, którzy kryją się za tłumem czy ochroniarzami, zazwyczaj mają powód, by się chować. Mądrość wypowiedziana szeptem nie traci na mocy. Głupota jest głośniejsza, bo musi krzyczeć, by zyskać posłuch. Wartość człowieka mierzyć należy nie tym kim jest, ale tym co robi, jak robi i z jakich powodów. Wielkość człowieka znów mierzyć trzeba miarą jego wolności, wpływów i tego do jakich celów je wykorzystuje. Czy nie myli owej wolności z anarchią, a wpływów nie używa do tego, by wspiąć się tam, gdzie nie sięgają już ręce sprawiedliwości.

 

Tako rzekę ja, Karol, która być może zostanie papieżem.  A może politykiem... A może po prostu Kulfonem?


_____

IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/under-the-skin-the-illusions-we-live-by


 

niedziela, 2 marca 2025

BLASK BYŁ MÓJ!


Rozczarował mnie.

Myślałam, że to źle.

Lecz potem zrozumiałam, że prezent otrzymałam.


Dostałam rozczarowanie— dar co wnosi zamieszanie 

w zastany porządek rzeczy: przestałam sobie przeczyć.


Otworzyły się oczy moje, co widziały, 

a nie chciały uwierzyć. 

Serce przestało bić na umór, że bez niego nie może przeżyć. 

Odwinęły się sprawy z różowych oparów bzdur, 

które mi ciągle wmawiał, 

budując mur pomiędzy duszą mą 

i rozumem...


Gardziłam tłumem co kpił, bo widział jaki on był

— narcyz, co kusi złotem, by otruć potem.


Lecz to, co w nim tak świeciło, to nie był on, a moja... miłość. 

To ona oblekła go w to, czego nie miał, 

to ona sprawiała, że kręci się ziemia jakoś tak szybciej, 

gdy był obok mnie. 

A w brzuchu stado motyli też…


Lecz potem... rozczarował mnie. 

I choć myślałam, że to źle, 

to prędko zrozumiałam, że siebie odzyskałam.


Opadły piórka, które nosił, wyblakły prawdy, 

co je głosił. 

Cały wydawał się nijaki, niby ten sam, 

a jakiś taki...


Świecił światłem duszy mojej, nie swoim, 

jak księżyc, co kradnie 

słońca promienie, by istnieć godnie. 

Bez nich wygląda nieładnie.


Rozczarowanie bolało, lecz zwróciło mi wzrok, 

ze złudzeń mnie odarło, ujawniło mrok 

i wszystkie te rzeczy brzydkie, 

których widzieć nie chciałam, a które tłumaczyłam, chłonęłam, zamiatałam...


Odszedł do innej, zamknął drzwi, 

zostawił wszystko z napisem "my". 

Zaczął na świeżo, z czystą kartą, 

jak biała chmura na wiosennym niebie. 

Lecz karta czysta być nie mogła, 

wszak w przyszłość swoją zabrał... siebie.


Założył uśmiech numer sześć, by inną przyciągnąć i ją zwieść. 

I ona pomyślała, że prezent otrzymała, 

lecz potem zobaczyła, że 

nie wszystko złoto, co świeci się...


IN ENGLISH ⬇⬇⬇

https://karolinazurart.com/blog/f/the-glow-was-mine

MASKA

A tę maskę co miała ją chronić zdejmowała codzień, po kolacji. Kładła ją obok póz i pozorów pełnych gracji. Zakładała z rana aby nikt nie w...